Po manifestacji przeciwko „rasizmowi i islamofobii” z 22 maja, która skończyła się starciami z muzułmańskimi imigrantami, greckie siły porządkowe ogarnęła panika. Obawiają się nowego wrzenia społecznego, podobnego do tego, którego doświadczyła Grecja w grudniu 2008 r. czy paryskie getta w 2005.
Eksperci zwracają uwagę, że muzułmańscy imigranci nie mogą zapanować nad gniewem w obliczu tego, co nazywają „rasizmem policji”. W stolicy mnożą się manifestacje i „prowokacje” ekstremistów. Taką prowokacją było wzniecenie pożaru w suterenie budynku, który służył jako miejsce kultu w centrum Aten. Nikt nie przyznał się do tego czynu, ale prawicowa grupa ekstremistów była w pobliżu na kilka minut przed pojawieniem się płomieni.
Podczas manifestacji imigranci skandowali: „Allah, Allah” i piętnowali policyjne metody. Protestowali przeciwko postępkowi funkcjonariusza, który podczas kontroli dokumentów miał podrzeć i podeptać Koran. Śledztwo jest w toku, ale bezstronnych świadków jest niewielu.
Na ten weekend (30-31.05) zapowiadane są następne manifestacje. Ministerstwo spraw wewnętrznych postawiło siły porządkowe całego kraju w stan pogotowia. Bo problem nie dotyczy samych Aten. Od wielu wieków muzułmanie z mniejszości tureckiej, pomackiej czy cygańskiej mieszkają wspólnie z prawosławnymi Grekami na północy kraju, w Tracji.
Największe napięcie panuje jednak w stolicy. Przed kilkoma dniami pewien wyznawca islamu chciał ostrzelać komisariat na przedmieściach. Został powstrzymany i uwięziony Tego samego wieczoru policjanci, po cywilnemu lub w mundurach, legitymowali imigrantów, przeszukiwali bagażniki zatrzymywanych samochodów.
W ostatnich miesiącach utworzono grupy konsultacyjne w służbach ministerstwa, aby ustanowić system naboru muzułmanów ‒ wśród greckich funkcjonariuszy nie ma ich wcale ‒ i lepiej reagować w nagłych wypadkach.
Współpraca między państwem greckim a wyznawcami islamu, z których większość zarzuca władzom, że nie dotrzymują obietnic, nie jest łatwa. O meczecie w Atenach mogą tylko marzyć, a od złożenia pierwszej prośby w sprawie jego budowy minęło 30 lat. Tymczasem, wraz z napływem nielegalnych imigrantów, liczba muzułmanów wciąż rośnie. Jest ich już blisko 700 tysięcy. Szacuje się, że w stolicy jest blisko sto nielegalnych domów modlitwy w miejscach do tego nieodpowiednich. Są to garaże czy sutereny ulokowane między placem Omonia (Zgody) a biednymi dzielnicami ciągnącymi się aż do Pireusu. A przecież projekt wzniesienia muzułmańskiego miejsca kultu w Atenach nie jest nowy.
W 1978 roku król Arabii Saudyjskiej Chalid uzyskał zapewnienie od ówczesnego premiera Konstantinosa Karamanlisa, że meczet będzie zbudowany na północnych przedmieściach.W 2000 r., w czasie przygotowań do Igrzysk Olimpijskich pojawiła się kwestia zbudowania centrum muzułmańskiego i meczetu w Peanii, blisko ateńskiego lotniska . Nic z tego nie wyszło, bo Cerkiew, która nie jest rozdzielona od państwa, formalnie się temu sprzeciwiła.
W 2006 r. wybrano już miejsce na świątynię, dzielnicę Eleona, blisko centrum, i znów historia się powtórzyła. Podobnie wygląda sprawa muzułmańskiego cmentarza. Pochówki odbywają się w Tracji albo w kraju pochodzenia zmarłego. A to kosztuje tysiące euro. Wielu zagranicznych analityków zarzuca Grecji, prawosławnemu chrześcijańskiemu krajowi, że nie zapewnia ochrony muzułmańskim imigrantom. Problem jest więc znacznie głębszy. Nie chodzi tylko o zwykłe, czy nawet gwałtowne, starcia z policją.
