Polacy 9 października pójdą głosować na swoich posłów. Mają do wyboru dwie całkowicie przeciwstawne wizje państwa reprezentowane przez liberałów ustępującego premiera Donalda Tuska i konserwatystów Jarosława Kaczyńskiego. Ale na jednej i na drugiej mogą się szybko zawieść.

W zależności od tego, gdzie ucho przyłożyć, na czym oko zawiesić i jaką gazetę przeczytać, Polska wczesną jesienią 2011 r. jest krajem:

A. Dynamicznego rozwoju, niskiej inflacji, niewielkiego długu publicznego, niezbyt wysokiego bezrobocia, przedsiębiorczej, pełnej wigoru młodzieży. Krajem pod każdym względem bezpiecznym, zakotwiczonym w NATO i Unii Europejskiej, cieszącym się estymą na arenie międzynarodowej.

Lub...

B. Krajem nad przepaścią, sponiewieranym przez kryzys, zdemoralizowanym, upokarzanym i gnębionym przez partnerów z Unii Europejskiej, rządzonym przez klikę zdrajców nasłanych przez Moskwę, w dodatku prostaków i nieudaczników. Krajem o ogromnych obszarach biedy i beznadziei, w którym młodzi ludzie nie mają szans na godną płacę za godną pracę.

Jeśli po wyborach 9 października Platforma Obywatelska pozostanie u władzy, a Donald Tusk – na stanowisku premiera, rząd będzie miał za zadanie podtrzymać w społeczeństwie wizerunek Polski A. Nie będzie to łatwe, zwłaszcza w obliczu nadciągającej z hukiem drugiej fali kryzysu.

Jeżeli zaś wybory wygra PiS, Jarosław Kaczyński nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko wcielić się w rolę zbawcy, który odbuduje ze zgliszczy tę drugą, zrujnowaną Polskę. Jego wyborcy oczekują, że da pracę tym, którzy jej nie mają, uratuje małe sklepiki przed inwazją supermarketów, uchroni hodowców przed gradem i tornadem, że za dotknięciem jego czarodziejskiej różdżki znikną kolejki w szpitalach, pociągi zaczną jeździć punktualnie, a autostrady same rozścielą się przez jedną noc od Szczecina po Lublin i od Gdańska po Katowice.  

Cały artykuł (za opłatą) dostępny na stronie tygodnika Uważam Rze