W przededniu dwóch kluczowych spotkań – szczytu europejskiego 18 października i szczytu G20 w listopadzie – zasady, które legły u podstaw europejskiej wspólnoty, przechodzą proces gruntownej przemiany. Za sprawą kryzysu Unia posuwa się do przodu, ale czas nagli, zauważa redaktor naczelny La Tribune.
Europa przeżywa zmiany. Obecny kryzys finansowy ma pewną zaletę – ujawnił słabości „oprogramowania” i przyczynił się w ostatnich miesiącach do jego rozwoju co najmniej tak szybkiego jak w latach 80. i na początku lat 90. poprzedniego wieku pod wpływem ówczesnej trójcy – Mitteranda, Kohla i Delorsa.
Runęły kolejne filary Maastricht. Euro nie jest już rzeczą świętą. Można ze strefy wspólnego pieniądza wyjść na jakiś czas lub raz na zawsze. To prawda, że Europejski Bank Centralny podtrzymywał jednolitą walutę, hamując inflację. Ale Jean-Claude Trichet nie bał się wyzbyć ortodoksji, kiedy wykupywał wielomiliardowe długi publiczne państw przeżywających trudności.
Jednak jego niezależność może być lada dzień zagrożona. Od wielu miesięcy mówi się o stworzeniu europejskiej struktury zarządzania gospodarczego. Nasz przewodniczący, Herman Van Rompuy, popędzany przez stronę francuską, pochyla się nad tą sprawą i ma przedstawić na najbliższym szczycie europejskim odpowiednie propozycje.
Tymczasem w dobie kryzysu nieobecność Komisji José Manuela Barroso, kiedyś symbolu federalistycznego ideału, aż kole w oczy. Decyzje podejmowane są bez jej udziału, mimo że przewodniczący stara się przejąć ponownie inicjatywę, angażując się w sprawę euroobligacji czy w przekształcenie EFSF w Europejski Fundusz Walutowy. Nawet najwięksi „euroentuzjaści” biorą poważnie pod uwagę możliwość nowego traktatu, federacji państw narodowych czy Europy dwóch lub trzech prędkości.
Nastąpił powrót do bezpośrednich kontaktów międzyrządowych. Szefowie państw pod wodzą francusko-niemieckiego tandemu ojców założycieli osobiście kierują europejskim okrętem. Niestety, jak mogliśmy się przekonać w ostatnich miesiącach, nie wychodzi to im najlepiej. Ich wizja skupia się raz na marketingu, raz na kwestiach księgowych, rzadko ma wymiar historyczny. A przecież mamy okazję, by zastanowić się na nowo nad Europą. Nie tylko zresztą okazję, ale i obowiązek, jeśli chcemy, by listopadowy szczyt G20 nie zakończył się klęską.
