Najlepsze artykuły z prasy europejskiej

Feed Blog

  • Awantura o Magdę

    03 lutego 2012

    Nękana kryzysem gospodarczym Zielona Wyspa zatrzęsła się z oburzenia, gdy mieszkająca tam Polka rozpływała się, w wywiadzie dla Gazety Wyborczej, nad sielanką, jaką jest życie na irlandzkim zasiłku.

    Magda (imię zmienione) mieszka w Donegal, jednym z najpiękniejszych zakątków Irlandii. Najpierw pracowała jako kelnerka, ale od dwóch lat jest na zasiłku. I jak twierdzi, od tego czasu żyje pełną piersią:

    Jak mi się żyje? Cudownie. Rozwijam się, oddycham. Dostaję zasiłek – 188 euro tygodniowo plus 59 na mieszkanie. Zimą dodatkowo 20 na opał. Wychodzi 267 euro na tydzień. Bez szaleństw, ale na spokojne życie wystarcza.

    Wstaje rano, chodzi na spacer nad morze, surfuje, uczy się hawajskiego masażu i zbiera pieniądze na otwarcie własnego salonu. Od czasu do czasu chodzi w celach towarzyskich do pubu, gdzie pije wodę, bo na nic więcej jej nie stać.

    Dlaczego więc ta sympatyczna, jak można wnioskować, osóbka stała się niemal wrogiem publicznym numer jeden w Irlandii? Ano dlatego, że poczytny dziennik Irish Independent wyjął niektóre fragmenty wywiadu z Magdą zamieszczonego w Gazecie Wyborczej, niechlujnie przetłumaczył fragmenty, inne przekręcił, a ze wszystkiego wyciągnął błędne wnioski.

    Wywołany do tablicy ambasador polski w Irlandii wysłał list do redakcji dziennika, prostując owe przekłamania i zapewniając, że nie wszyscy Polacy mieszkający na Zielonej Wyspie są tacy jak Magda, która twierdzi, że praca za minimalną pensję „nie ma sensu”.

    Irish Independent wycofał feralny artykuł, ale puszczonej w ruch maszyny oburzenia nie zdołał już powstrzymać. Główna bohaterka skandalu próbowała się nawet tłumaczyć w irlandzkim radio, ale nie sądzę, by zdołała zmienić opinię większości słuchaczy na swój temat.

    Faktem jest, że różowa wizja życia na irlandzkim zasiłku przedstawiona przez Magdę tchnęła takim optymizmem i naiwnością, że była mocno drażniąca nawet dla ludzi mieszkających w Polsce, a co dopiero powiedzieć o mieszkańcach Donegal.

    Tak się składa, że znajomy Irlandczyk pochodzi właśnie z tamtego regionu i, choć obecnie mieszka za granicą, często tam podróżuje, więc problemy rodzinnych stron zna lepiej niż inni. Zapytany o to, czy jego irlandzkim współziomkom z Donegal powodzi się na bezrobociu równie dobrze, jak Magdzie, odparł, że „próbują robić dobrą minę do złej gry, ale to zmarnowani ludzie”. 

    Przez lata chwytają się dorywczych prac, zdobywają jakieś dyplomy i zaliczają szkolenia, ale stałego zatrudnienia nie mają. Co gorsze, po tylu latach na zasiłku stracili pewność siebie i w rzeczy samej stali się niezatrudnialni, nie dostrzegają nawet szansy, gdy ta się w końcu pojawia.

    Magdzie, jak dotąd, pewności siebie nie brakuje, ale czy zadała sobie pytanie, czy będzie komu przychodzić na ten hawajski masaż do niej, gdy już otworzy własny salon w Donegal?

  • Sprowadzeni na ziemię

    27 stycznia 2012

    Gorączka gazu łupkowego nieco opadła po ostatnich doniesieniach o urzędnikach oskarżonych o korupcję w związku z przydzielaniem koncesji na poszukiwanie tego cennego surowca.

    W drugiej połowie ubiegłego roku Ministerstwo Środowiska wydało ostatnie ze 109 pozwoleń, głównie koncernom zagranicznym i ich polskim partnerom. Cena koncesji, około 100 euro za kilometr kwadratowy, była – jak pisze tygodnik The Economist – „trywialna”. Także łapówki, które mieli przyjąć wspomniani funkcjonariusze na czele z szefem wydziału geologii ministerstwa, nie były oszałamiające: „raczej tysiące niż setki tysięcy euro”.

    Brytyjski tygodnik pisze jednak, powołując się na eksperta Instytutu Sobieskiego, że sprawa może być zaledwie „wierzchołkiem góry lodowej”. Korupcji sprzyja bowiem niedostosowane zupełnie do nowej rzeczywistości prawo, które tkwi swymi korzeniami w przeszłości, gdy rynek gazowy kontrolowały nieliczne przedsiębiorstwa państwowe.

    Śmiesznie tanie licencje, które w przyszłości mogą przynieść krociowe zyski, sprzyjają mniejszym i większym przekrętom. Podobnie zresztą jak podsycana od dłuższego czasu przez niektóre media „łupkowa gorączka”.

    Wizja Polski jako drugiej Norwegii przemawia jednak do wyobraźni polityków, którzy nie mogą się wprost doczekać uniezależnienia kraju od dostaw rosyjskiego gazu. Ale porównanie to, jak podkreśla The Economist, na razie jest nie na miejscu:

    Polski rząd sprzedawał licencje łupkowe tak tanio ze względu na spekulacyjny charakter tej inwestycji, a także dlatego, że inwestorzy musieliby ponieść wszystkie związane z nią koszty. Polska jest słabo przygotowana, jeśli chodzi o infrastrukturę do wydobycia gazu łupkowego.

    To duża różnica w porównaniu z Norwegią, która ściąga od koncernów, takich jak Exxon, podatki sięgające 78% dochodów uzyskiwanych z eksploatacji złóż. Może sobie na to pozwolić, bo krajowe firmy odpowiadają za rozwiązywanie wszystkich technicznych problemów związanych z eksploatacją złóż gazu”.

    I dlatego dużo trafniejsze wydają się porównania z Uzbekistanem czy Turkmenistanem. Afera korupcyjna związana z licencjami na poszukiwania gazu łupkowego powinna zadziałać „otrzeźwiająco” na tych, którzy marzą o gazowym bogactwie. A przynajmniej zmusić rząd do szybkiego wprowadzenia prawnych regulacji zapobiegających takim nadużyciom w przyszłości.

    Nie zaszkodziłoby też planowane rozwiązania poddać wcześniej pod publiczną ocenę. W przeciwnym razie, gdy tylko ucichnie awantura o ACTA, możemy być świadkami skandalu łupkowego.

     

  • Parlament Europejski

    Grzeczny negocjator

    17 stycznia 2012

    Profesor Jerzy Buzek zakończył swoją 2,5 letnią kadencję jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego. Ostatnią sesję parlamentu poprowadził 17 stycznia. Stanowisko przewodniczącego objął niemiecki eurodeputowany Socjaldemokracji, Martin Schulz.

    Parlament Europejski przypomina nieco klub dyskusyjny. To nie Sejm na Wiejskiej, gdzie trzeba przepychać się łokciami i głośno walczyć o swoje, tu trzeba słuchać racji drugiej strony, cierpliwie tłumaczyć i negocjować. I okazało się, że dla Jerzego Buzka to idealne miejsce. Był tam w swoim żywiole. Pływał jak ryba w wodzie, a naturalne predyspozycje jego charakteru zostały wykorzystane w 100 procentach.

    Posłowie doceniali też jego wielką kulturę osobistą opanowanie i spokój, jaki z niego emanował. Chociaż czasami zarzucano mu, że jest zbyt miękki i nie potrafił tupnąć nogą, kiedy sytuacja tego wymagała. Nie przerwał tyrady brytyjskiego konserwatysty Nigela Farage'a, który wymyślał przewodniczącemu Rady Europejskiej, Hermanowi Van Rompuy'owi od nieudaczników, i zbyt późno zareagował kiedy inny Brytyjczyk, Godfrey Bloom krzyknął po wystąpieniu Martina Schulza „jeden naród, jedna religia, jeden wódz”, a potem nazwał Niemca antydemokratycznym faszystą.

    Część eurodeputowanych oczekiwała większej stanowczości i twierdzili, że przez to, że przewodniczący stara się nikogo nie urazić na salę obrad wkrada się bałagan.Dziwiło kiedy Jerzy Buzek całował kobiety w rękę i komentowano kiedy upierał się, żeby obrady prowadzić  po angielsku, tym bardziej, że nie znał tego języka bardzo dobrze.

    Wielu posłów swoje wystąpienia rozpoczynało tylko po angielsku, a potem przechodzili na swój ojczysty język, w którym czuli się swobodnie. Jerzy Buzek chciał skracać dystans pomiędzy rozmówcami i w swoich wystąpieniach używał zawsze angielskiego. Tym bardziej, że jako przewodniczący był bardzo aktywny.

    Reagował na każde wydarzenie międzynarodowe. W swoich oświadczeniach zawsze był pierwszy. Często wyprzedzał przewodniczącego Komisji Europejskiej, José Manuela Barroso czy szefową dyplomacji unijnej, Catherine Ashton. Używał Facebooka i Twittera, a jego oświadczenia często trafiały do dziennikarzy w formie plików dźwiękowych czy krótkich filmów.

    Może nie był tak medialny jak Irlandczyk Pat Cox, który przewodził PE między 2002 a 2004 r. i był najbardziej rozpoznawalnym przewodniczącym w historii parlamentu, ale po pierwsze Unia była wtedy mniejsza, składała się tylko ze starych krajów Europy, a poza tym Cox był wcześniej komentatorem politycznym i dziennikarzem, więc dobrze wiedział jak przyciągnąć uwagę mediów.

    Cox był więc świetny, ale Buzek plasuje się zaraz za nim, tym bardziej, że jako były premier prawie 40 mln kraju wzbudzał dużo większe zainteresowanie mediów światowych niż jego poprzednik Hans-Gert Poettering. Jako były premier cieszył się też wielkim szacunkiem szefów rządów państw, czyli Rady Europejskiej. Traktowali go jak swojego, był dla nich człowiekiem ulepionym z tej samej gliny, kimś kto tak jak oni brał na siebie odpowiedzialność i rozwiązywał realne problemy kraju.

    Reprezentował PE, ale członkowie Rady Europejskiej traktowali go jak równego sobie. Z Martinem Schulzem, jak zapewnia jeden z brukselskich dyplomatów, na pewno już tak nie będzie. 2,5 roku temu wielu eurodeputowanych ze starej Unii obawiało się, że osoba pochodząca z nowego kraju członkowskiego nie będzie wiedziała jak funkcjonują unijne instytucje i nie poradzi sobie na stanowisku przewodniczącego PE. Nawet jeśli nikt głośno tego nie mówił czuć było niepokój.

    Tymczasem Jerzy Buzek sprawował ten mandat w takie sam sposób jak robiłby to Niemiec, Hiszpan, Francuz czy Irlandczyk. Miał swoje drobne potknięcia, takie same jakich nie ustrzegłby się ktoś inny na jego miejscu, ale sprawdził się i pokazał, że spokojnie można zaufać komuś z nowych krajów Unii. Zrobił też doskonałą reklamę Polsce i Polakom, którzy w przyszłości będą kandydowali na jakieś inne europejskie stanowiska, jego praca i opinia jaką po sobie pozostawia na pewno zadziała na ich korzyść.

    Autorką wpisu jest Agnieszka Mazurczyk, dziennikarka działu zagranicznego tygodnika Polityka.

  • Węgry

    László Rajk – Fidesz ma zamiar pozostać przy władzy

    05 stycznia 2012

    Profesor László Rajk wykłada na budapeszteńskim Uniwersytecie Filmu i Teatru. Jest architektem i projektantem. Był też jednym z czołowych dysydentów w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdy Węgrami rządzili komuniści. Jego ojciec – po którym odziedziczył imię – został zamordowany podczas czystek w 1949 r. Rajk przyłączył się do demokratycznej opozycji w 1975 r. Sześć lat później był jednym z założycieli niezależnego wydawnictwa podziemnego AB Publishing House. Współtworzył również Związek Wolnych Demokratów – powstałą w 1988 r. węgierską partię opozycyjną wobec reżimu. Gdy nadeszły nowe czasy, stał się parlamentarzystą. Był nim nieprzerwanie aż do 1996 r. W latach 2004–2010 zasiadał we władzach węgierskiej telewizji publicznej.

    W przeprowadzonej w maju 2011 rozmowie z portalem Presseurop analizuje kontrowersyjną politykę rządzących obecnie nad Dunajem konserwatystów Viktora Orbána.

    Jak opisałby pan politykę  rządzącej tu obecnie partii Fidesz?

    Po pierwsze, trzeba sobie powiedzieć, że osiągnęła ona niebywały sukces. Wybory z 2010 r. były absolutnie uczciwe. Nie zanotowano żadnych oszustw. Ta partia naprawdę zdobyła 53% głosów. Węgierski system wyborczy sprawił, że w ten sposób Fidesz mógł wprowadzić do parlamentu 2/3 posłów. Wszystko odbyło się najzupełniej legalnie – nie ma co do tego wątpliwości.

    Motywacją prawicy jest dziś utrzymanie się przy władzy. Takie działania jak zmiana konstytucji czy prawa mediów mają jeden cel – uchronić Fidesz przed demokratycznymi mechanizmami checks and balances. Chodzi tu na przykład o ograniczenie kompetencji Trybunału Konstytucyjnego czy nominowanie podległego sobie prokuratora generalnego.

    We wrześniu podobnie stanie się w przypadku sędziów Sądu Najwyższego, jestem o tym przekonany. Te trzy instancje, mające w zamierzeniu ograniczać władzę rządu, teraz są w jego rękach. A to oznacza, że politycy Fideszu mogą uchwalać takie ustawy, jakie im się żywnie podoba. To pozwoli im na okopanie się przy władzy.

    Weźmy jakiś konkretny przykład – kwestię budżetu. Prawica pracowała nad nim w trzech krokach.

    Po pierwsze, politycy uchwalili prawo mówiące, że jeśli ustawa budżetowa nie zostanie przeprowadzona przez parlament do marca, prezydent może go rozwiązać. Jak na razie nie ma w tym nic zdrożnego.

    W następnym kroku utworzono komisję budżetową wyposażoną w prawo weta wobec uchwalonego przez parlament budżetu.

    I ten pomysł wydaje się z pozoru służyć ograniczeniu roli parlamentarnej większości.

    Wreszcie, Fidesz wypełnił komisję swoimi ludźmi. Co to oznacza? Gdyby w przyszłym roku stronnictwo to straciło w wyborach władzę, a na jego miejsce przyszedł nowy gabinet, szybko może się okazać, że prawicowa komisja będzie stawiać weto w nieskończoność wobec każdej jego propozycji budżetowej. Efekt? Przychodzi prezydent – i mówi: „Sorry, chłopaki, robimy nowe wybory”. Dodajmy, że na Węgrzech prezydenta wybiera parlament, więc obecnie jest to człowiek Fideszu.

    Takie właśnie mechanizmy mam na myśli, gdy mówię, że partia Orbána będzie się teraz okopywać przy władzy.

    Czy taki sposób rządzenia to tylko węgierski problem, a może również europejski?

    Jeśli przeanalizujemy wszystkie maleńkie detale, takie jak zmiana ustawy zasadniczej czy prawa medialnego, widać, że mogą one nieść ze sobą poważne niebezpieczeństwo. W końcu wymienione przeze mnie mechanizmy działają w europejskich ramach.

    W całej Wspólnocie jest jeszcze tylko jeden podobny kraj, Włochy. Ale na Węgrzech wszystko odbywa się w szybszym tempie, więc nasz przykład jest bardziej jaskrawy.

    Nad Dunajem nie ma na przykład przepisów zakazujących bluźnierstwa, które byłyby sprzeczne z regulacjami Komisji Europejskiej. Ale tak naprawdę formalne prawo nie jest wcale potrzebne. Media są bowiem ściśle monitorowane. Podobnie jest z tak zwaną mową nienawiści, która w Unii od zawsze jest bardzo delikatną kwestią.

    Czy sądzi pan, że Unia Europejska i poszczególne kraje członkowskie wystarczająco głośno wyrażały swój sprzeciw wobec działań Orbána? Czy zrobiły wystarczająco wiele w tej kwestii?

    W przeciwieństwie do Włoch, Węgry spotkały się z ogromną krytyką. Konstytucję  skrytykowała Komisja Wenecka (ciało doradcze przy Radzie Europy zajmujące się ochroną wolnością słowa i demokracji –  przyp. red.).

    OECD i Międzynarodowy Instytut Prasowy protestowały przeciwko nowym regulacjom medialnym. Wysoki komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców podniósł kwestię traktowania na Węgrzech Romów. Zewsząd wciąż słychać potępienia w sprawie konstytucji.

    Nie sądzę, by głosy krytyki musiały być jeszcze głośniejsze.

    Nie zapominajmy, że wydarzenia, które dziś rozgrywają się nad Dunajem, wcześniej obserwowaliśmy też na północy Afryki. To cud, że ludzie przyglądają się temu, co dzieje się na Węgrzech. To pewnie kwestia tego, że to kraj leżący w samym środku Europy.

    Po tym, co stało się we Włoszech, ludzie zaczynają się obawiać, że do podobnych rzeczy dojść może i w pozostałych państwach Starego Kontynentu. Obawiam się, że mają rację.

     

  • Widziane z Ameryki

    Co dalej ze wspólną walutą?

    17 grudnia 2011

    Eksperci prześcigają się w stawianiu diagnoz i prognoz dla pogrążonej w kryzysie strefy euro. Jak na razie wydają się zgadzać tylko w jednym – sytuacja jest poważna i nie za bardzo wiadomo, w którą stronę zmierza. 

    Zrozumienie tego, co się dzieje z europejskim kryzysem, przypomina czasem kremlinologię, czyli próby odgadywania sensu w subtelnych zmianach wypowiedzi i ustawieniach członków radzieckiego Biura Politycznego podczas pochodów pierwszomajowych,

    pisze na łamach amerykańskiego magazynu The National Interest John Quiggin, profesor Uniwersytetu Hopkinsa. I przekonuje, że dojście do jakichś konstruktywnych wniosków wymaga przyjęcia jakichś, choćby błędnych, założeń.

    I tak europejski kryzys wydają się napędzać trzy sprawy. Pierwsza to pragnienie Europejskiego Banku Centralnego, by zachować twarz i uniknąć otwartego przyznania się do tego, że załamanie jest w dużej mierze jego „zasługą”. Drugą jest przekonanie niemieckiej opinii publicznej, że to na Niemcy spadł przykry obowiązek ratowania z opresji bandy beztroskich południowców. Tymczasem chodzi raczej o ratunek dla europejskiej gospodarki, od której Niemcy są tak samo uzależnione jak wszystkie inne państwa europejskie.

    Trzecia związana jest ze świadomością, iż naprawa sytuacji wymaga modyfikacji traktatów, a skoro ta jest niemożliwa z uwagi na brytyjskie weto, wprowadzenia nieformalnej, międzyrządowej procedury negocjacyjnej. Ogranicza ona praktycznie do minimum możliwość wyrażenia sprzeciwu i nie pozostawia zbyt wiele miejsca na ewentualne odstępstwa. Kluczowe decyzje mają odtąd zapadać w gronie siedemnastki tworzącej strefę euro (Wielka Brytania została odstawiona na boczny tor).Wszystko to sprawia, że naprawa strefy euro łatwa nie będzie. Jaką receptę proponuje zatem Quiggin?

    To, czego teraz naprawdę potrzebuje strefa euro, to prawdziwej keynesowskiej polityki, będącej połączeniem doraźnych działań stymulujących [wzrost gospodarczy] oraz długofalowych środków mających zapewnić stabilność fiskalną. […] Sęk w tym, że do niedawna polityki fiskalna i monetarna w strefie euro były sprzeczne. Jeśli zawarte na szczycie w Brukseli porozumienie jest wstępem do monetarnej ekspansji, to strefa euro ma szansę mieć się nie gorzej niż inne gospodarki Północy.

    Innymi słowy, jeśli EBC zacznie drukować na potęgę pieniądz, euroland znajdzie się w podobnej sytuacji jak Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. Czy jest to pocieszenie? Na pewno, jeśli weźmie się pod uwagę dużo bardziej pesymistyczne wizje rozwoju sytuacji w Europie. I tak np. Mohamed El-Erian, dyrektor funduszu inwestycyjnego Pimco oraz autor książki „When markets collide” (Kiedy rynki się zderzają), pisze na łamach magazynu Foreign Policy, że europejscy przywódcy nie nadążają za tempem wydarzeń i stale zmieniającym się obliczem kryzysu. A powinni, bo mają zobowiązania nie tylko wobec własnych społeczeństw, ale także innych krajów świata.

    Jeśli chodzi o globalną gospodarkę, Europa jest niezwykle istotna z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze jest to największy obszar gospodarczy na świecie, a co za tym idzie ważne źródło popytu dla reszty świata. Po drugie, wymuszone delewarowanie europejskich banków spowoduje racjonowanie kredytów również poza granicami Unii. Po trzecie wreszcie, podsycając niepewność, europejski kryzys finansowy będzie miał konkretne przełożenie na funkcjonowanie globalnych rynków.

    Tymczasem Profesor Martin Feldstein z Uniwersytetu Harvarda nie ma już żadnych złudzeń co do euro i prób jego reanimacji. Jego zdaniem wspólna waluta to „eksperyment, który się nie powiódł”: „Nie jest to przypadek, czy też wynik biurokratycznego złego zarządzania, lecz raczej nieuchronna konsekwencja przyjęcia jednej waluty przez grupę bardzo zróżnicowanych krajów”, konstatuje na łamach Foreign Affairs.

    Czy zatem euro ma jeszcze jakąś przyszłość? W tej kwestii panuje zaskakująca zgoda – wszystko zależeć będzie od następnych kilku miesięcy i tego, jaki ostatecznie kształt przybierze nowe porozumienie przygotowane przez niemiecko-francuski tandem.

     

  • Życie po euro

    05 grudnia 2011

    Czas się kończy, pozostało niewiele dni, nadchodzą rozwiązania drastyczne, decydują się losy Europy – takie komentarze słyszymy już codziennie. Trudno pokusić się o jakiekolwiek prognozy, skoro każdy dzień przynosi nowe zagrożenia, ale też nowe pomysły na ratowanie euro. Pod hasłem „koniec euro”, tak chętnie dziś powtarzanym, może kryć się bardzo wiele scenariuszy. Prześledźmy te najbardziej prawdopodobne:

    1. Ze strefy euro wychodzi Grecja

    Taka możliwość rozważana jest już od dawna. Oczywiście trudno wówczas mówić o upadku euro. Pojawiłaby się nowa drachma, która przynajmniej na początku uległaby drastycznej dewaluacji – być może nawet o więcej niż 50 proc. Z punktu widzenia strefy euro odejście najsłabszego członka, który do tego zakwalifikował się dzięki oszustwom, w spokojnych czasach byłoby nawet dobrą wiadomością. Ale teraz niekoniecznie. Bo Grecja poza euro musiałaby niemal natychmiast ogłosić całkowitą niewypłacalność. A to tylko pogłębiłoby chaos. Niepewność na rynkach może oznaczać większą i dłuższą recesję w Europie – a to prędzej czy później musi odbić się na naszej gospodarce (choć nie wiadomo, jak mocno).

    2. Strefę euro opuszcza południowa Europa

    W tym scenariuszu na powrót do walut narodowych decydują się – obok Grecji – także Portugalia, Hiszpania i Włochy. To już byłoby poważne uszczuplenie strefy euro, choć wciąż stanowiłaby ona bardzo duży organizm. Niestety, na południu kontynentu rozpocząłby się prawdziwy pożar, bo po dewaluacji lira, escudo i pesety prawdopodobnie wszystkie te kraje musiałyby rozpocząć negocjacje z wierzycielami. Góra ich długów z dnia na dzień by bowiem urosła. Turbulencje nie oszczędziłyby kursu złotego. Ten scenariusz, podobnie jak pierwszy, oznaczałby dalszy wzrost kursu walut w Polsce (a więc również m.in. podniesienie cen produktów importowanych, paliwa i źródeł energii, a także wzrost rat dla osób spłacających kredyty w euro).

    3. Euro rozpada się na dwie waluty

    Taka możliwość rozważana już była w Niemczech. Jeden z częstych gości tamtejszych programów publicystycznych, Hans-Olaf Henkel, wydał nawet książkę zachęcającą do rozbicia strefy na dwie części – twardego, północnego euro (Niemcy, Holandia, Austria, Skandynawowie) oraz miękkiego, czyli słabszego euro południowego. Pierwsze oczywiście zaczęłoby się szybko umacniać wobec drugiego. To scenariusz mało prawdopodobny choćby dlatego, że trudno sobie wyobrazić, aby południe kontynentu w ogóle chciało tworzyć między sobą w tych dramatycznych okolicznościach unię walutową. Nie wiadomo, jak przy takim scenariuszu zaczęłaby wówczas zachowywać się złotówka. Nasz pieniądz zapewne osłabiły się wobec tego hipotetycznego, północnego euro. A jak traktować kredyty zaciągane przez Polaków w euro? Który z tych dwóch nowych pieniędzy miałby być prawnym kontynuatorem starego euro? Na te wszystkie pytania trzeba by dopiero znaleźć odpowiedź.

    4. Umarło euro, niech żyje nowe euro

    Taka hipoteza ma coraz więcej zwolenników w Niemczech. Chcieliby oni wrócić tak naprawdę do źródeł integracji i postępować tym razem zgodnie z teorią optymalnego obszaru walutowego. Powstałoby zatem nowe, twarde euro z niemieckim centrum i innymi krajami, które wyznają podobną kulturę monetarną. A cała reszta miałaby radzić sobie sama, czyli wrócić do walut narodowych. Ten pomysł brzmi może interesująco, ale nie wiadomo, kto dokładnie wszedłby do nowej strefy euro poza Niemcami, Holandią, Finlandią czy Austrią. Być może okazałaby się ona atrakcyjna dla Norwegów czy Duńczyków. Ale co z Francuzami, Belgami czy Irlandczykami? Co ze Słowacją i Estonią? Realizacja takiego scenariusza byłaby wielkim wyzwaniem dla Polski. Z jednej strony – do takiej strefy powinniśmy wejść jako kraj mocno związany handlowo z Niemcami. Ale równocześnie nowe euro miałoby ten sam problem co niedawno frank szwajcarski – stałoby się bardzo mocne. Dla nas to niedobrze, wiele produktów zdrożeje. Z tego samego powodu czwarty scenariusz nie podoba się polskim eksporterom (wyeliminuje to ich na przykład z rynku wschodniego) oraz spłacającym kredyty w euro.

    5. Powrót do walut narodowych

    To byłaby prawdziwa katastrofa integracji europejskiej, jeśli w atmosferze konfliktu wszyscy zdecydują się pogrzebać euro. Na jego miejscu nie powstanie żadna nowa waluta i wracamy do stanu sprzed 1999 r. Większość banków w rozliczeniach zaczęłaby się prawdopodobnie posługiwać niemiecką marką. Gdyby to na nią przeliczyć polskie kredyty hipoteczne w euro, raty mogłyby szybko wzrosnąć, bo oczywiście nowa marka umocniłaby się natychmiast wobec złotego. Tak samo, jak  wobec wielu innych walut, co z kolei zagroziłoby pozycji niemieckiego eksportu. A to z kolei zagrozi gospodarce Niemiec. Już choćby z tego powodu taki ostateczny scenariusz jest absolutnie nie do przyjęcia dla naszego zachodniego sąsiada. Całe szczęście, bo kompletny zanik strefy euro mógłby łatwo przerodzić się w dezintegrację Europy. A na niej najwięcej straciłaby właśnie Polska – i politycznie, i gospodarczo. Przy takim scenariuszu inwestorzy w panice mogą skupować złoto, funty, dolary i franki szwajcarskie. To nie byłaby dobra informacja dla spłacających kredyty w tej ostatniej walucie.

  • Najwięksi truciciele: Polska i Niemcy

    25 listopada 2011

    Oba kraje znalazły się na samym szczycie – opracowanej przez Europejską Agencję Środowiskową z Kopenhagi – listy największych unijnych producentów zanieczyszczeń przemysłowych. Dalsze miejsca w rankingu opartym na danych pochodzących z 2009 r. i obejmującym emisje CO2 zajęły Wielka Brytania, Francja, Włochy, Rumunia i Hiszpania.

    Jak wyliczyli unijni eksperci, prawie jedna piąta zanieczyszczeń unoszących się w powietrzu nad Europą pochodzi z niemieckich fabryk, i jest to najwyższy odsetek w całej Unii. Jednak, gdyby brać pod uwagę wielkość gospodarek, unijną czołówkę trucicieli tworzyłyby nowe kraje członkowskie: Bułgaria, Rumunia, Estonia, Polska i Czechy.

    Unijna agencja wyliczyła też, ile wynoszą „koszty finansowe” powstałe w wyniku zanieczyszczeń do atmosfery wyrzucanych przez 10 000 największych zakładów przemysłowych i unoszących się w powietrzu. Chodzi o sumę rzędu 102–169 mld euro. Na tyle właśnie wyceniono, i to w sposób naukowy, utracone zdrowie i spustoszenia w środowisku naturalnym.

    Czarną dziesiątkę zakładów najbardziej zanieczyszczających atmosferę otwiera, niestety, Elektrownia Bełchatów. Jej pozycja pewnie jeszcze długo pozostanie niezagrożona, bo lwia część energii elektrycznej w Polsce pochodzi ze spalania paliw kopalnianych. Źródła odnawialne stanowią zaledwie kilka procent miksu energetycznego.

    Radykalna dekarbonizacja nie wchodzi zatem w grę, co podkreślają raporty wielu ekspertów. Źródła odnawialne nie będą raczej w stanie zastąpić paliw kopalnianych, a jedyną realną nadzieję ograniczenia naszego uzależnienia od węgla daje energetyka jądrowa. Tyle tylko, że elektrownie atomowe w Polsce to wciąż jeszcze pieśń przyszłości.

  • Państwa nie mogą się bać odpowiedzialności

    17 listopada 2011

    W rozmowie z Presseurop nowy premier Włoch Mario Montim wytycza kierunek dalszego rozwoju jednolitego rynku. Ten były europejski komisarz odpowiedzialny najpierw za rynek wewnętrzny, a następnie za sprawy konkurencji jest jednym z czołowych ekspertów w zakresie jednolitego europejskiego rynku – i jednym z jego obrońców.

    To właśnie powód, dla którego przewodniczący Komisji José Manuel Barroso zlecił mu w 2010 r. sporządzenie raportu – „Nowa strategia na rzecz jednolitego rynku”.

    Czy w ocenie Mario Montiego zakwestionowanie niektórych zasad jednolitego rynku, takich jak swobodny przepływ, jest efektem obecnego kryzysu, czy może przejawem głębszego trendu? „Bieżące trudności ekonomiczne oczywiście się do tego przyczyniają”, odpowiada były komisarz, ale zarazem ubolewa nad „tendencją do życia z mniejszą akceptacją, mniejszym entuzjazmem”, niż było to w pionierskich czasach, gdy projekt ten dopiero ruszał.

    Nasz rozmówca, niegdysiejszy rektor mediolańskiego Uniwersytetu Bocconi, zauważa „zmęczenie integracją”, które znalazło swój wyraz zwłaszcza podczas referendów we Francji i w Holandii w 2005 r., oraz „zmęczenie rynkiem w ogóle”.

    Przy okazji kryzysu finansowego „wielu zastanawiało się, czy gospodarka rynkowa jest dobrym rozwiązaniem?”. Były komisarz twierdzi, że „z pewnością jest ona jedynym rozwiązaniem”, choć należy poprawić jej funkcjonowanie i nadzór nad nią.

    Złożoność jednolitego rynku, jak również procesów politycznych i legislacyjnych w Europie, przyczynia się nierzadko do tego, że mieszkańcy kontynentu przestają się tym wszystkim interesować, a nawet popadają w eurosceptycyzm. „Trudno wyjaśnić częstokroć niewidoczne, ale realne korzyści związane z jednolitym rynkiem”, przyznaje Mario Monti.

    Właśnie dlatego trzeba, jego zdaniem, „zmienić w sposób selektywny niektóre kierunki działania w obszarze tegoż rynku”. Tak więc autor „Nowej strategii na rzecz jednolitego rynku” cieszy się: „Wiele moich sugestii jest przedmiotem szczegółowych propozycji ze strony Komisji”.

    Pozostaje jeszcze uzyskać poparcie państw członkowskich i ich przywódców, którzy muszą patrzeć na kalendarz wyborczy albo stoją w obliczu trudności gospodarczych. Wygląda na to, że Mario Monti nie robi sobie złudzeń, kiedy wyraża pogląd, że przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy powinien poświęcić jedną z sesji Rady sprawom jednolitego rynku, aby „przekonać do wzięcia na siebie wyraźnej odpowiedzialności na najwyższych szczeblach naszych rządów”.

    W takim przypadku, nie kryje nadziei były komisarz, „będzie trochę trudniej dystansować się i pozostawać w cieniu w obliczu postulowanego wspólnego wysiłku na rzecz wzrostu, zatrudnienia i trwałości euro w długim okresie”.

    Czy w kilka dni po ogłoszeniu planu pomocy dla Portugalii i w okresie, gdy sytuacja Grecji wywołuje wiele obaw i plotki o możliwości porzucenia przez nią wspólnej waluty, Europa powinna obawiać się pogłębienia się kryzysu?

    „Mam nadzieję, że najgorsze jest już za nami”, chciałby wierzyć Mario Monti, który stwierdza, że „cokolwiek się nie wydarzy, Europa jest obecnie w dużo lepszym położeniu, aby móc się z tym zmierzyć”. Z „niezwykłą szybkością nadrobiła ona swoje opóźnienia” i dysponuje dziś „dużo efektywniejszym” sposobem zarządzania, wyraża zadowolenie były komisarz.

    Rozmowa odbyła się przy okazji Festiwalu Europy w Wenecji w maju br.

  • Wywiad

    Dlaczego ludzie wciąż umierają z głodu?

    07 listopada 2011

    Jean Ziegler, wiceszef Komitetu Doradców Rady Praw Człowieka ONZ, wydał właśnie książkę „Destruction massive. Géopolitique de la faim” (Masowa destrukcja: geopolityka głodu, wyd. Seuil). W wywiadzie, który zamieszczamy, ten szwajcarski socjolog opisuje swoje doświadczenia z czasów, kiedy w latach 2000–2008 był specjalnym sprawozdawcą ONZ ds. prawa do żywności, i analizuje przyczyny, dla których co roku z głodu ginie na świecie 36 milionów ludzi.

    Dlaczego ludzie wciąż umierają z głodu?

    Istnieje pięć głównych przyczyn. Po pierwsze i najważniejsze, spekulacja na rynkach rolnych, co spowodowało w ostatnich latach gwałtowny wzrost cen i niemalże uniemożliwia agencjom pomocowym w rodzaju Światowego Programu Żywnościowego (WFP) zaspokajanie potrzeb cierpiących głód. Dalej mamy biopaliwa, które zmniejszyły światowy areał przeznaczony na produkcję żywności. Następnie problem zadłużenia zewnętrznego, które dusi kraje najuboższe i uniemożliwia im inwestowanie w choćby najbardziej podstawowe rolnictwo. Po czwarte, sprzedaż nadwyżek żywności po cenach dumpingowych, w efekcie czego owoce i drób z krajów takich jak Francja, Grecja, Portugalia czy Niemcy lądują na rynkach w Dakarze czy Kotonu, po cenie stanowiącej jedną trzecią ceny miejscowej. Wreszcie skupienie ziemi uprawnej w rękach funduszy inwestycyjnych i międzynarodowych korporacji, które wypierają miejscowych rolników, by produkować towary przeznaczone wyłącznie na rynki zachodnie.

    Czy Unia Europejska jest za tę sytuację współodpowiedzialna?

    Jest w stu procentach odpowiedzialna za dumping cenowy – aktywnie wspierany przez Francję. W 2005 r. z okazji rundy rozmów Światowej Organizacji Handlu (WTO) w Hong Kongu, sekretarz generalny tej organizacji Pascal Lamy zaproponował stopniowe, przez pięć lat, wycofanie dotacji eksportowych. Propozycja ta spotkała się z gwałtownym sprzeciwem Francji, która popiera takie subsydia, głównie z powodu politycznego nacisku rolniczych izb handlowych. Nadal więc trwał dumping cenowy w Afryce, która jest niedostatecznie zaludniona, mimo że ma wspaniałych rolników – tyle że są oni zdziesiątkowani, ponieważ nie są w stanie sprzedać swoich produktów.

    Czy UE odgrywa jakąś rolę w wysiłkach na rzecz zwalczenia głodu na świecie?

    Obecna Komisja Europejska składa się z w pełni dyspozycyjnych najemników na usługach gigantycznych korporacji sektora rolno-spożywczego. Lobby tego rodzaju mają ogromne wpływy w Brukseli. Gdyby chciały, od jutra dumping cenowy na rynkach żywności by nie istniał. Bruksela wykazuje też kompletną hipokryzję – podczas gdy Europa przedstawia siebie jako zwolenniczkę światowej sprawiedliwości i rozwoju, osiemdziesiąt siedem krajów tzw. ACP [kraje Afryki, Karaibów i Pacyfiku, większość to dawne europejskie kolonie] utrzymywanych jest w stanie niemożliwej do przyjęcia podległości.

    Fakt, że zmuszamy je do akceptowania umów inwestycyjnych, w których wymagania są takie same dla firm miejscowych i zachodnich korporacji, przechodzi ludzkie pojęcie. Komisja Europejska mówi tym krajom: „Kontestujecie naszą politykę subsydiów żywnościowych i eksportowych? W takim razie przemyślimy nasze programy pomocy międzynarodowej”. To gorzej niż kolonializm. To zewnętrzny faszyzm. Prawa człowieka kończą się na granicach Europy; poza nimi rozciąga się kanibalistyczny porządek, w którym rządzi przemoc i prawo dżungli.

    Jakie są źródła obecnego kryzysu w Europie?

    Kryzys spowodowało gigantyczne zadłużenie, jakie powstało w efekcie dwóch kolejnych operacji ratowania płynności sektora bankowego. W 2008 r., a następnie w obecnym rządy dokapitalizowały banki pieniędzmi publicznymi, których nie mają, musiały więc zaciągnąć długi i dokonać cięć budżetowych. Siła nabywcza zatrudnionych spadła, a w ślad za tym pogorszyła się jakość usług publicznych. Te same rządy nie są w stanie zmusić banków w swoich krajach do przyjęcia standardów zarządzania ryzykiem! Nic się w tym względzie nie zmieniło od 2008 r.

    Jakie są rozwiązania?

    Konieczne będą dwie rzeczy – po pierwsze, podział banków, tak żeby istniało wyraźne rozróżnienie między sektorem „inwestycyjnym” a „depozytowym” i zakaz działania jednocześnie w obu. Potem banki będą musiały być znacjonalizowane. Nie chodzi tu o ideologię – przecież De Gaulle też nacjonalizował banki w okresie powojennym. To, że zachodni  przywódcy nie są dzisiaj w stanie narzucić pewnych decyzji i ograniczeń oligarchiom bankowym w imię dobra wspólnego, woła o pomstę do nieba.

    Co pan sądzi o ruchu „oburzonych”?

    Jesteśmy bliscy świadomościowego buntu. Z drugiej strony trudno powiedzieć, dokąd to wszystko zmierza. Procesy rewolucyjne w historii są zawsze trudne do zrozumienia i niemożliwe do przewidzenia. Jak ujął to hiszpański poeta Antonio Machado – „Caminante no hay camino, se hace camino al andar” (piechurze nie ma drogi, ona pojawia się, dopiero gdy zacznie się iść). Kolektywna świadomość wie, czego nie chce: nie chcemy świata rządzonego przez kanibalistyczny porządek, w którym istoty ludzkie są bezpośrednio odpowiedzialne za masakrę w postaci śmierci głodowej 35 milionów ludzi rocznie. I nie powinniśmy się obawiać, że nie jesteśmy w stanie nic zrobić, demokracja i wielostronna dyplomacja nie są bezsilne. Prawa człowieka, wolność słowa, mobilizacja społeczna, wybory, strajki generalne…

    Mamy narzędzia, których możemy użyć, by zwalczać mechanizmy głodu. Rynki podlegają rządom prawa – choćby dzisiaj można wprowadzić zakaz spekulacji żywnościowej. Jesteśmy władni wprowadzić cła zaporowe na importowany bioetanol. Europejscy ministrowie rolnictwa mogą zażądać zakończenia rolnego dumpingu. Ministrowie finansów krajów należących do MFW mogliby przegłosować umorzenie długów najbardziej zadłużonych krajów.

    rozmawiał Gian Paolo Acardo

    zdjęcie: Gian Paolo Acardo

  • Czy słońce wzejdzie nad Grecją?

    28 października 2011

    Na słynnym ateńskim placu Syntagma, na który od kilkunastu miesięcy skierowane są oczy całej strefy euro, znalazłam się w dzień po wielkich i krwawych manifestacjach Greków „oburzonych” rządowym planem oszczędnościowym. Ale w sobotni poranek panował tam spokój, choć widoczne były ślady „po bitwie”, wypalone kosze, powyrywane chodniki i znaki anarchistów wymalowane czerwonym sprayem na budynkach banków i administracji państwowej. Placu pilnowały policyjne samochody, a mundurowi, z plastikowymi tarczami w dłoniach, strzegli każdego rogu ulicy. Czy to tylko cisza przed kolejną burzą, czy też wyczekiwanie na wieści z Brukseli, gdzie ostatnio zapadają najważniejsze decyzje dotyczące Grecji?

    Na starym mieście, spotykam znajomych Greków. On jest młodym inżynierem, od wielu już miesięcy bezrobotnym. Żyje z zasiłku i mało skutecznie szuka pracy. Pytam, co sądzi o premierze. „On należy do systemu, jest jednym z nich, nie szuka ratunku dla Grecji, ale troszczy się, jak ocalić własną skórę. Kolejna transza? Starczy im na spłacenie odsetek od zaciągniętych długów, a dalej?

    Za kilka tygodni dowiemy się, o co im tak naprawdę chodzi: o naszą ropę, nasze wyspy, a może o coś jeszcze innego”, zastanawia się. Jego żona uczy angielskiego, prywatnie. „Publiczne szkoły są na tragicznym poziomie. Ten kraj się nie rozwija, nic tu się nie zmienia, w nic się nie inwestuje”. Czy myślą o wyjeździe? „Tak, tu nie ma żadnej przyszłości, ale dokąd pojedziemy? To nie takie proste. A rodzina? A dom? A samotna matka? Dzieci nie wyobrażają sobie zmiany szkoły. No i nie jesteśmy już znowu tacy młodzi. Może za rok, dwa?”.

    W kawiarni internetowej pytam młodego człowieka, czy wierzy, że obecni politycy wyprowadzą Grecję z kryzysu. Tylko się gorzko się uśmiecha: „żeby cokolwiek się zmieniło, to połowa polityków musiałaby wymrzeć. Ten cały kryzys to pretekst, tu chodzi o zajęcie naszych złóż ropy…”. „Ropy?” dziwię się, nie wiedziałam, że w Grecji jest ropa. „Jest, i to nie tylko ropa, ale uran i pluton, ale oni nie zezwalają nam tego wydobywać”…

    Oni? Teorię spisku potwierdza też właścicielka butiku z biżuterią „To oni nami źle rządzili. W tym kraju jest dużo pieniędzy, ale oni chowają je na kontach w Szwajcarii”. W antykwariacie, w eleganckiej dzielnicy Kolonaki chcę kupić „Słońce wschodzi nad Grecją”. Księgarz oddaje mi je za pół darmo z komentarzem: „I tak Grecja już się skończyła. Słonce już tu nie wzejdzie”. Kilka metrów dalej ulicę zalegają gigantycznych rozmiarów sterty niezbieranych od tygodni śmieci.

    Być może to zmęczenie wywołane kryzysem, ale odnoszę wrażenie, że przy obecnym klimacie społecznym, pomoc udzielona Grekom niewiele zmieni, jeśli nie znajdzie się energia, która pozwoli im definitywnie wyjść z kryzysu. Społeczeństwo najwyraźniej utraciło zaufanie do rządzących, o czym świadczy choćby manifestacja, która odbywała się na placu Syntagma w ubiegły czwartek czy głosy tych, z którymi miałam okazję rozmawiać w Atenach.

    Nie jest też pewne, że z fali protestów narodzi się nowy, silny ruch polityczny, który zdolny będzie na nowo pchnąć koło napędowe gospodarki? Odczuwalny jest podział na „my” i „oni”, na pasywne, bezbronne społeczeństwo i narzucającą im drakońskie i nieuzasadnione oszczędności klasę polityczną. Czy sytuacja realnie się poprawi, nawet jeśli na ratowanie Grecji przeznaczone zostaną największe środki, jeżeli nie zmieni świadomość społeczeństwa.

    Jeżeli nie dotrze do niego, że odpowiedzialne za obecną sytuację są nie tylko banki, politycy, Angela Merkel i ci, którzy nie płacą podatków? Potrzebna jest energia zdolna przekształcić Grecję na powrót w dynamiczne, nowoczesne państwo. Nie pomogą oszczędności, zaciskanie pasa, jeśli nie będzie im towarzyszyła społeczna inicjatywa i przedsiębiorczość. A tego problemu za Greków Bruksela nie rozwiąże.

    Autorka wpisu Joanna Boczkowska-Crettenand jest dziennikarką, tłumaczką, blogerką. Ukończyła PWST w Warszawie oraz studia filologiczne na Uniwersytecie w Genewie. Pracowała jako korespondent „Interpressu” i „Rzeczpospolitej" w Szwajcarii. Od  2011 współpracuje z presseurop.pl jako tłumacz. Mieszka w Paryżu.

  • Spisek finansistów?

    22 października 2011

    Oburzeni na całym świecie dostali do ręki potężną broń. Chodzi o raport szwajcarskiego Federal Institute of Technology w Zurychu.

    Badanie przeprowadzone przez trójkę naukowców, zajmujących się analizą skomplikowanych systemów, zdaje się potwierdzać bowiem spiskową teorię – to garstka bankierów rządzi dziś światem.

    Zespół wziął pod lupę 37 mln przedsiębiorstw z całego świata i prześledził ich wzajemne powiązania. Następnie stworzył matematyczny model ilustrujący te zależności. W rezultacie badacze zidentyfikowali 1318 przedsiębiorstw, które poprzez sieć zależnych od siebie firm, odpowiadają za mniej więcej 80% globalnej sprzedaży.

    Dokładniejsza analiza pozwoliła wyodrębnić jeszcze bardziej ekskluzywny klub 147 spółek, w większości instytucji finansowych, kontrolujących 40% światowego bogactwa. „A nie mówiliśmy”, mogą teraz zakrzyknąć „oburzeni” i ich poplecznicy – „wszystkiemu winni są bankierzy”.

    Autorzy raportu nie wysuwają tak daleko idących wniosków. Ich zdaniem koncentracja władzy w rękach wąskiej grupy sama w sobie nie jest czymś złym. Kryzys zapoczątkowany w 2008 r. pokazał jednak, że ów system bliskich wzajemnych powiązań nie jest stabilny. Trudności jednej firmy pociągają za sobą kłopoty następnych, nakręcając kryzysową spiralę.

    Według naukowców z Zurychu, nie można też mówić o światowym spisku bankierów, takie sieci są bowiem czymś naturalnym w przyrodzie. Do największych, najlepiej powiązanych firm lgną nowe, które dopiero co pojawiły się na rynku, utrwalając dominującą pozycję hegemonów.

    Wątpię jednak, by przedstawiciele ruchu „oburzonych” uwierzyli w te „naukowe bajeczki”. Zwłaszcza kiedy dowiedzą się, że w pierwszej dziesiątce firm „trzymających władzę” znajdują się między innymi Barclays (numer 1), Capital Group Companies (2), AXA (4) oraz JP Morgan Chase & Co (6).

    Bankierzy, bójcie się!

     

  • Jest nudno i dobrze

    14 października 2011

    Zachodnia prasa nie poświęciła im zbyt wiele uwagi, ale paradoksalnie może to znaczyć, że Polska zmierza w dobrym kierunku.

    „Były to nudne wybory, o jakich marzy każdy demokratyczny rewolucjonista”, napisał Globe and Mail w swoim komentarzu. Kanadyjski dziennik podkreślał, że gdy się weźmie pod uwagę wysoką stawkę głosowania, owa „nuda” była zadziwiająca.

    „Religijny, antyeuropejski i antyniemiecki nacjonalizm” Jarosława Kaczyńskiego zderzył się z wolnorynkowym myśleniem Donalda Tuska połączonym z „dość rozbudowaną jak na standardy środkowo- czy wschodnioeuropejskie, siatką opieki socjalnej”. Polacy wybrali to drugie, by osiągnąć to, co nie udało się jeszcze sąsiadom, np. Ukrainie, przeprowadzić nudne wybory.

    „Świat nie poświęcił im zbyt wiele uwagi, bo wszystko zadziałało tak, jak trzeba”, podkreśla Globe and Mail, który zastanawia się też nad pytaniem, dlaczego losy dwóch sąsiednich krajów – Polski i Ukrainy – potoczyły się tak różnie.

    Polska jest członkiem Unii Europejskiej i NATO i zajmuje 42 miejsce w oenzetowskim rankingu najlepiej prosperujących państw świata. Natomiast Ukraina znajduje się o trzydzieści oczek niżej i wciąż uważana jest za „kraj rozwijający się”. Przepaść w zestawieniach ilustrujących swobody demokratyczne, poziom korupcji i przejrzystość struktur władzy jest jeszcze większa.

    „Są na ten temat różne egzotyczne hipotezy, ot choćby to, że kraje prawosławne (Rosja, Ukraina, Serbia) radzą sobie gorzej niż ich katoliccy sąsiedzi (Polska, Chorwacja, Czechy) lub że Polska nadzwyczajnie skorzystała na tym, że ma bliżej do Niemiec.

    Patrząc jednak realistycznie, więcej wspólnego z tym [sukcesem] miały ugruntowane instytucje demokratyczne”, pisze kanadyjski dziennik, by dojść do budującego wniosku: „polskie głosowanie przypominało nowoczesne wybory, jakie są codziennością w większości rozwiniętych krajów”.

    W tym jednym wypadku, śmiem twierdzić, nuda jest jak najbardziej pożądana.

     

  • Bierzmy przykład z Chińczyków

    05 października 2011

    Na kilka dni przed wyborami trwa szermierka na programy czy też, jak chcą niektórzy, obiecanki wyborcze.

    Partie licytują się na sumy pieniędzy, jakie zamierzają przeznaczyć na polepszenie sytuacji wyborców. PO (14 mld), PiS (67 mld), PSL (141 mld), SLD (218 mld), a wszystko to w cieniu pogłębiającego się kryzysu finansowego w Europie i na świecie.

    Jednocześnie w programach ugrupowań najchętniej mówi się o obniżkach podatków, podniesieniu świadczeń dla najbiedniejszych, rolników, emerytów, naprawie służby zdrowia, reformie systemu edukacji, wspieraniu – na różne sposoby – przedsiębiorczości.

    Jednego, czego brak we wszystkich manifestach, to wizji zdolnej porwać wyborców. Choćby takiej, jaką zarysowały władze Chin w nowym pięcioletnim planie (tak, tak, słynne pięciolatki nie odeszły jeszcze do lamusa).

    Sprowadza się on do Trzech Wielkich Ambicji, Trzech Wielkich Gór, na które trzeba się wspiąć. Za poetyckimi określeniami stoi jednak nie marzycielstwo, a bardzo realistyczne myślenie.

    Po pierwsze, Chiny mają zmodernizować swoją gospodarkę, tak by przeorientować ją z eksportu, przynoszącego obecnie gros dochodów, na zaspakajanie w większym stopniu potrzeb rynku wewnętrznego.

    Po drugie, chiński przemysł powinien skoncentrować się nie na biciu kolejnych rekordów wielkości produkcji, lecz na poprawieniu innowacyjności, co oznacza odwrót od energochłonnych, lecz tanich technologii na rzecz tych, które powodują jak najmniejsze zanieczyszczenia (sprawa kluczowa w kraju, gdzie na ponad połowie terytorium występują kwaśne deszcze) i zapewniają jak największą wartość dodaną.

    Po trzecie wreszcie, co wydaje się najbardziej interesujące w polskim kontekście, najważniejszym zadaniem państwa ma się stać poprawa warunków życia obywateli, a nie wzrost PKB, uważanym nadal w naszym regionie świata za najlepszą miarę sukcesu.

    Wystarczy dorzucić jeszcze parę punktów o wyrównywaniu różnic między regionami, budowie społeczeństwa obywatelskiego, ograniczeniu biurokracji i aktywizacji terenów wiejskich, sensowniejszym wykorzystaniu środków unijnych i mamy gotowy plan dla Polski.

    Problem jednak w tym, że do jego realizacji, jak wynika z założeń chińskiej pięciolatki, potrzeba trzech rzeczy: potężnej machiny państwowej, silnej determinacji i talentu. Tymczasem polski aparat państwowy, choć wielki, wciąż jest dramatycznie słaby, silnej determinacji starcza nam zwykle na pięć minut. Tylko talentów ci u nas dostatek. Te jednak coraz częściej wymykają  się za granicę, bo mają dość użerania się z polską biurokracją.

  • Europa wolności

    20 września 2011

    Europejska komisarz ds. sprawiedliwości Viviane Reding jest od niedawna matką chrzestną projektu „My Europe”. Został on uruchomiony 6 września w Brukseli i ma na celu wzmocnienie współpracy pomiędzy uniwersytetami, mediami a młodymi ludźmi. Ci ostatni będą podczas tworzonych dla nich warsztatów pisać na temat tego, jak widzą przyszłość Europy. Przy tej okazji pani Reding podzieliła się z Presseurop swoimi poglądami w kwestii tejże przyszłości.

    Przed objęciem stanowiska komisarza przez dwadzieścia lat była pani dziennikarką. Miała pani swoją własną wizję Europy. Ale ta nie jest tożsama z wizją prezentowaną przez młodych ludzi – tych rozczarowanych i oburzonych – którzy będą się na ten temat wypowiadać. Zanim przyjdzie czas na analizę tych wypowiedzi, proszę powiedzieć, jaka jest dzisiaj pani Europa?

    Pochodzę z bardzo małego kraju, Luksemburga, który w swoich dziejach był często okupowany i anektowany. Ten kraj był jednym z założycieli UE, ponieważ chcieliśmy być wolni. Właśnie dlatego „Moja Europa” jest Europą wolności, w której małe kraje, takie jak Luksemburg, mogą sprawić, że ich głos będzie usłyszany.

    Sądzę, że komisarz z małego kraju jest ważniejszy niż ten z dużego kraju. Jest to dobry przykład dla mojego pokolenia. W przypadku moich dzieci wygląda to już inaczej: one swobodnie się przemieszczają, chodzą do szkoły w innych krajach… Nie rozumieją, że nic nie jest dane raz na zawsze. Dlatego musimy im to tłumaczyć.

    Tylko wspólnie możemy być głosem w świecie, na rzecz społecznego modelu rynku, gwarancji demokracji. Te prawa nigdy nie są trwale nabyte, musimy je wciąż zdobywać wbrew tendencjom nacjonalistycznym. A przyznaję, że jestem bardzo zaniepokojona powrotem nacjonalizmu. Zamknięcie się w sobie jest zawsze groźne. Mniej Europy oznacza, że zmierzamy ku upadkowi.

    „Moja Europa” jest Europą, która odnosi się do marzeń, uczuć i przekonań każdego. Nas, polityków, trzeba czasem popchnąć, abyśmy byli mniej realistyczni. Nie można tworzyć przyszłości, jeśli się nie ma marzeń, jak mawiał Wiktor Hugo. Historia nauczyła nas, że jest to możliwe jedynie, jeżeli jesteśmy razem. W zglobalizowanym świecie nawet te duże kraje są bardzo małe.

    Na początku września zorganizowała pani w Schengen seminarium mające na celu określenie strategicznych decyzji, dotyczących obszaru swobodnego przepływu osób, które to decyzje należy podjąć w okresie najbliższych dwunastu miesięcy, w tym mieści się kwestia przystąpienia wszystkich państw członkowskich do strefy Schengen…

    Zebrałam swój zespół, aby zobaczyć, jak widzimy problemy Europy i jaką dajemy na nie odpowiedź, gdyż jest naszym obowiązkiem działać na rzecz większego wzrostu i większych praw w Europie. Bardzo świadomie wybrałam miejsce tego spotkania, gdyż chciałam wyrazić przeświadczenie: Schengen jest ważne, to symbol wartości związanych ze swobodą przemieszczania się, które są podstawowymi wartościami dla wielu Europejczyków. A chodzi o to, aby w przyszłości zachować je i rozszerzać. To był dla nas powód, aby pojechać do Schengen i dlatego to właśnie z Schengen wystosowaliśmy swoje przesłanie: Schengen jest zdobyczą; Schengen to są prawa i wartości; Schengen to jest kwestia zaufania pomiędzy krajami członkowskimi. Musimy iść naprzód, a nie wstecz.

    Wkrótce po deportacjach Romów z Francji latem 2010 r. Komisja chciała stworzyć, na pani wniosek, prawdziwą wspólną strategię na rzecz integracji tego narodu. Minął rok, gdzie jesteśmy pod tym względem?

    Komisja przedstawiła ramy dla krajowych strategii w zakresie integracji ludności romskiej, które to ramy zostały podpisane przez szefów 27 państw i rządów w czerwcu bieżącego roku. Teraz piłka jest po stronie tychże państw, które mają czas do końca roku, aby przedstawić własne krajowe strategie, dotyczące tego, w jaki sposób najlepiej zintegrować ludność romską z ogółem, jak sprawić, aby romskie dzieci chodziły do szkoły, zapewnić zdrowe warunki mieszkaniowe, lepszą opiekę zdrowotną. Czekam teraz na wszystkie te raporty na temat działań krajowych i przedstawię je wiosną w Parlamencie Europejskim. Uczyniliśmy duży postęp.

     

    Rozmawiała Iulia Badea Guéritée

  • Chorzy z urojenia

    13 września 2011

    Według najnowszych badań, 38,2% Europejczyków tj. prawie 165 mln osób cierpi na różnorakie schorzenia psychiczne. Demencja, choroba Parkinsona, ADHD, depresja, manie prześladowcze, a także nadmierna nieśmiałość zbierają wyjątkowo obfite żniwo na Starym Kontynencie. Ale nie tylko tutaj.

    W Stanach Zjednoczonych „na głowę” także choruje coraz więcej osób. Magazyn New York Review of Books pisał niedawno, że w ostatnich dwóch dekadach liczba zdiagnozowanych przypadków chorób psychicznych wzrosła dwa i pół razy, a wśród dzieci o zatrważające trzydzieści pięć razy!

    Czyżby świat tak bardzo się zmienił w ostatnich latach, że coraz trudniej pozostać przy zdrowych zmysłach? A może chodzi o kryzys, którym wszystkim spędza sen z powiek? Niewątpliwie tempo życia oraz liczba zachodzących w nim zmian znacznie wzrosła, jednak czy może to być jedynym usprawiedliwieniem?

    Amerykański magazyn sugeruje, że za epidemią chorób psychicznych w USA stoi przemysł farmaceutyczny, który sponsoruje badania psychiatrów wynajdujących coraz to nowe schorzenia, a potem dostarcza im odpowiednie leki i zarabia na tym miliony.

    Wielkie koncerny łożą też znaczne sumy na stowarzyszenia pacjentów, a ci z kolei wywierają presję na stosowne władze, by dopuściły kolejne cudowne leki na rynek. Pacjenci domagają się ich później od swego psychologa, którego rola coraz częściej ogranicza się do wypisania recepty i poinstruowania chorego, jak powinien zażywać zaordynowane pigułki.

    Tradycyjna psychoanaliza jest wypierana przez psychofarmakologię – dużo szybszą, prostszą i bardziej opłacalną (okres leczenia, podobnie jak sama wizyta, jest dużo krótszy, lekarz może przyjąć więcej pacjentów i lepiej zarobić). Niby wszyscy na tym wygrywają.

    Jest jednak pewien haczyk. Współczesne leki są na tyle silne i skuteczne, że same mogą niekiedy powodować uzależnienia i zaburzać równowagę psychiczną pacjentów. Co wtedy? Z odsieczą znów przychodzą wielkie koncerny. Do produkcji szybko wchodzą specyfiki przeciwdziałające skutkom ubocznym innych specyfików. Te jednak też mają swoje negatywne następstwa.

    Pacjenci często kończą więc z koktajlem (drogich) leków, kilkoma zdiagnozowanymi schorzeniami psychicznymi i całkowicie rozregulowanym systemem nerwowym. Statystki puchną, podobnie jak konta wielkich koncernów, a gazety zamieszczają alarmujące nagłówki o pandemii chorób psychicznych. Nic tylko idzie zwariować.

     

     

  • Azja Środkowa

    Święto niepodległości bez wolności

    06 września 2011

    Taifas, tak nazywały się maleńkie, niezależne emiraty powstałe na terenie obecnej Hiszpanii (wówczas nazywanej Al-Andalus) po upadku kalifatu dynastii Omajadów w 1031 r. Dziś hiszpańska publicystka Pilar Bonet nazywa tak pięć środkowoazjatyckich republik (Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan, Turkmenistan i Kazachstan), które właśnie świętują dwudziestolecie uzyskania niepodległości po rozpadzie ZSRR w 1991 r.

    Problem w tym, że dla 60 mln ludzi, zamieszkujących te kraje, niepodległość nie równa się wolność. Nepotyzm, korupcja, prześladowania opozycji to codzienność w całym tym regionie.

    Jego przywódcy stawiają sobie pomniki, kupują superszybkie pociągi i dbają o zachowanie tradycji, np. rad starszych, ale jeśli chodzi o budowanie państwa prawa, idzie im o wiele gorzej. Miliony Uzbeków, Tadżyków i Kirgizów emigrują do Rosji w poszukiwaniu lepszego życia.

    Jak pisze Bonet, amerykańska organizacja Freedom House uznaje za „częściowo wolny” tylko Kirigistan, podczas gdy pozostałe tamtejsze kraje nie gwarantują swoim obywatelom nawet podstawowych praw i swobód.

    „Mimo że w Kirigistanie dwukrotnie dochodziło do zmiany władzy (2005, 2010), czemu towarzyszyły niszczycielskie rewolucje, jest nadzieja, że zaplanowane na 30 października wybory prezydenckie umocnią kruchą równowagę, jaką krajowi zdołała przywrócić prezydent Rosa Otunbajewa”.

    Zapowiedziała ona, że w grudniu odda urząd, co, jak podkreśla hiszpańska publicystka, będzie „w całym regionie gestem bez precedensu”.

    Tamtejsi liderzy nieskorzy są bowiem do tego, by się władzą dzielić. Niektórzy weterani, jak Nursułtan Nazarbajew (Kazachstan) czy Islam Karimow (Uzbekistan), sprawowali ją jeszcze w czasach ZSRR. Inni, np. przywódca Tadżykistanu Emomali Rahmon, wydłużają sobie kadencje, by przekazanie urzędu komuś innemu odsunąć jak najdalej.

    Kwestia nieprzestrzegania praw obywatelskich może uwierać unijnych dyplomatów, ale bogactwa regionu oraz chęć stworzenia energetycznej przeciwwagi dla dostaw surowców z Rosji, każe im przemilczać niewygodne tematy i podpisywać kolejne porozumienia.

    Pod koniec sierpnia Bruksela i Astana przyjęły memoranda o współpracy energetycznej i współdziałaniu w energetyce jądrowej przewidziane zawartymi w grudniu umowami. W Brukseli z zadowoleniem powitano też decyzję władz kazachskich o dołączeniu do budowy rurociągu Baku-Tibilisi-Ceyhan, którym do Europy płynąć ma ropa i gaz z Azji Środkowej i Kaukazu Południowego.

    Kolejny raz okazuje się więc, że interesy gospodarcze są ważniejsze niż prawa człowieka i demokratyczne swobody, które pozostają przedmiotem troski niepoprawnych marzycieli. Tak do niedawna było na Bliskim Wschodzie i tak wciąż jest w Środkowej Azji.

    Unijne kraje głoszą jedno, a po cichu robią drugie, bo to przynosi namacalne korzyści. Co najwyżej od czasu do czasu nałykają się trochę wstydu, gdy nagle wyjdzie na jaw, że ich służby wywiadowcze torturowały wysokiego przedstawiciela nowych, rewolucyjnych władz kraju, który właśnie obalił tyrana.

  • Paolo Rumiz: serce Europy bije na wschodzie

    05 sierpnia 2011

    Skąd pomysł, by odbyć podróż wzdłuż całej granicy wschodniej UE?

    Szukałem takiej granicy, która jeszcze nią jest. Pochodzę z Triestu, jestem dzieckiem granicy. Urodziłem się tego samego dnia, kiedy pod Triestem wytyczono granicę włosko-jugosłowiańską – było to 20.12.1947 r. Została ona zniesiona w dzień moich i jej sześćdziesiątych urodzin (kiedy kraje Europy wschodniej weszły do strefy Schengen). Tamtego wieczoru spojrzeliśmy po sobie z moją polską towarzyszką życia Moniką Bulaj i powiedzieliśmy tak: „skoro przez sześćdziesiąt lat biliśmy się o zniesienie granic, co poczniemy teraz, kiedy jej nie ma?”. To było wspaniałe zaproszenie do podróży: dokąd przeniosła się owa tajemnicza aura zawsze towarzysząca granicy? Tego dnia, gdy radośnie podchmieleni cięliśmy szlaban graniczny w lesie w dolinie Rosandra, gdzie stała ostatni włoska przydrożna knajpa przed wjazdem do Jugosławii, postanowiłem ruszyć w poszukiwaniu tej prawdziwej granicy. Miejsca, gdzie znajdę prawdziwych pograniczników.

    Znalazł ich pan?

    I to jakich! Proszę tylko pomyśleć: gdybym odbył tę podróż 25 lat temu, to po wjechaniu do Słowenii nie musiałbym już wyciągać paszportu, bo pozostawałbym w obszarze dawnego paktu warszawskiego i ZSRR [niestety zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe – granice w „demoludach" były, podobnie jak rygorystyczne kontrole graniczne – przyp. Presseurop.pl] . Dziś jest przeciwnie – ciągłe wjeżdżanie i wyjeżdżanie ze strefy Schengen i z UE spowodowało, że stawałem w obliczu niewiarygodnie rygorystycznych granic, sztywniejszych niż przed upadkiem muru – zwłaszcza między Norwegią a Rosją oraz między Łotwą a Rosją. Chciałem zobaczyć, co jest za tą barierą. Szybko można się zorientować, że nie ma żadnej różnicy między obiema stronami granicy, pomimo absurdalnych barier. W rzeczywistości linia graniczna Unii przebiega w poprzek szeregu regionów o wspaniałych nazwach takich jak Kurlandia, Botnia albo Dobrudża, które istniały, zanim nadeszła wielka gorączka nacjonalistyczna XIX wieku. I to one są prawdziwym sercem kontynentu.

    Mówi się, że środek geograficzny Europy leży gdzieś na zachodzie Ukrainy…

    Europa ma kilka środków: na Litwie, w Karpatach, w Polsce. To zależy od tego, jak ją wymierzymy. Jedno, co pewne – jest wyższa niż szersza. Środek Europy jest na razie tylko bladą imitacją Zachodu, choć znaleźć tam można silne ślady obecności Wschodu. Tę mieszankę słowiańskości i judaizmu, która cechuje ukrytą głęboko duszę Europy, znalazłem tylko w rejonach nadgranicznych. To tam moim zdaniem bije serce Europy – tak jak je pojmuję i jakim go szukałem. Swego rodzaju macierzyńską kobiecość wielkich rzek, znalazłem właśnie w Rosji, na Ukrainie, w Polsce…

    Z pana słów przebija niepohamowana miłość do słowiańskiej duszy i stylu życia napotkanych po drodze ludzi. A także niesmak wobec niektórych aspektów Europy Zachodniej. Jaki jest jej problem?

    To świat bardziej ujednolicony, fałszywy, plastikowy, gdzie czas biegnie każdego dnia coraz szybciej i spala się w korridzie e-maili i esemesów, gdzie ludzie stracili kontakt z ziemią… „ziemlia” – to słowo, obok „wody”, towarzyszyło mi w trakcie całej wędrówki.

    W swej książce chwali pan autentyzm mieszkańców regionów przygranicznych. Ale wielu z nich przecież o niczym innym nie marzy, tylko o tym, żeby zamieszkać na Zachodzie, a w każdym razie przyswoić sobie zachodni styl życia.

    Nie wolno o tym oczywiście zapominać. Nawet jeśli to nie jest gruba pomyłka z ich strony, to w każdym razie warto im uświadomić, że po tej stronie granicy życie nie jest usłane różami. Starsze osoby zdają sobie z tego sprawę i widzą, jak solidarność cechująca relacje międzyludzkie nie istnieje już wśród zokcydentalizowanej młodzieży.

    Przywołuje pan w książce „słowiańską duszę”. Proszę ją zdefiniować.

    Słowianie wiedzą, że nie stanowią mózgu kontynentu, lecz swego rodzaju wnętrzności. Pozwalają sobie na okazywanie instynktów, co może znaleźć ujście w niewiarygodnej wprost agresji, ale niekiedy, w innych sytuacjach, w czułości, której nie da się zapomnieć. W książce opowiadam scenę z Mińska, gdy do ulicznego grajka podeszła grupa młodych kobiet, prosząc: Igor, zagraj nam do płaczu! Człowiek Zachodu nigdy by tak nie zrobił. Zażyczyłby sobie jakiejś pioseneczki na ukojenie po nerwowym, jałowym życiu. Kocham u Słowian tę zdolność do dzielenia się z bliźnimi mroczną częścią życia, melancholią.

    Wejście kilkunastu byłych krajów komunistycznych do UE zmieniło Europę?

    Tak, bowiem przyniosło zastrzyk silnego nacjonalizmu. Z tego punktu widzenia Polacy to nieszczęście. To ich poczucie, że są narodem męczennikiem, który opierał się komunistycznemu molochowi. Odkryli na nowo nacjonalizm po końcu nacjonalizmu. W Polsce przybrało to patologiczne rozmiary. To świat skupiony na własnym pępku. Dobrym tego przykładem jest sprawa wypadku samolotu prezydenta Kaczyńskiego: nie wolno wypaść na mięczaków przed Rosjanami!

    W swojej książce, jak się wydaje, czyni pan wyrzuty Europie i jej instytucjom…

    Wypominam Europie i Włochom, że smacznie śpią, nie zdając sobie sprawy z potężnych nurtów nacjonalistycznych i odśrodkowych, które rozszarpują kontynent. Nie odrobiliśmy bałkańskiej lekcji. Wystarczy ludności pozbawionej punktów orientacyjnych wskazać wroga, a ona go za takiego weźmie. Gdyby jakaś klasa polityczna znalazła się w opałach i chciała zamienić napięcie polityczne w starcie etniczne, osiągnęłaby to bez trudu. Nie mamy już przeciwciał antyfaszystowskich, ani odtrutki krytycyzmu. Z tego punktu widzenia Włochy – ale także Belgia – to rejon podwyższonego ryzyka. Widzimy tam posuniętą do skrajności mentalność regionalną o zabarwieniu cierpiętniczym. Pewien rodzaj resentymentu peryferii wobec centrum…

    Rozmawiał Gian Paolo Accardo

  • Polityczna mapa Europy

    01 sierpnia 2011

    Brytyjski Guardian opublikował na swojej stronie internetowej ciekawe mapy. Ilustrują one zmienny krajobraz polityczny Starego Kontynentu na przestrzeni ostatniego półwiecza.

    „Europa nigdy nie była równie niebieska jak dziś”, konstatuje gazeta, czyniąc aluzję do rosnących wpływów prawicy (oznaczonej kolorem niebieskim) w krajach europejskich. Spośród 27 państw Unii, lewicowe partie trzymają się jeszcze u władzy w pięciu krajach (Hiszpanii, Austrii, Grecji i Słowenii), w pozostałych dominują ugrupowania konserwatywne.

    Tyle zostało z Unii, której ton – jeszcze w 2004 r. – nadawali ówcześni lewicowi giganci: Wielka Brytania i Niemcy. Wystarczy jednak cofnąć się w czasie do 1993 r., gdy podpisywano traktat z Maastricht, by przekonać się, że wówczas linia podziału biegła z grubsza między lewicowym Południem (Hiszpania, Francja, Włochy, Grecja) a konserwatywną Północą (Portugalią, Wielką Brytanią, Holandią i świeżo zjednoczonymi Niemcami) rządzoną przez konserwatystów lub chrześcijańskich demokratów. \

    Jeszcze cztery lata wcześniej, przed obaleniem muru berlińskiego, ogromne połacie środkowej i wschodniej części kontynentu zajmowały państwa totalitarne. Zaskakujące, jak wielkie zmiany nastąpiły od tamtego czasu. Zmiany, które często przyjmujemy za pewnik, uznając, że historia nie mogła się potoczyć w inny sposób.

    Warto spojrzeć na te mapy, by uzmysłowić sobie, jak daleką drogę przebyła nasza część Starego Kontynentu od tamtej pory, jak wiele udało się zrobić (choć błędów też popełniono niemało), mimo różnorodnych trudności, konfliktów (Bałkany) oraz serii mniejszych lub większych kryzysów.

    Mapy pokazują też, że kryzys, w jakim od czasu fiaska tzw. trzeciej drogi znalazła się europejska lewica pogłębia się niemal równie dramatycznie, jak niespłacone długi Grecji. I nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie, zdołała ona przemalować mapę Europy na czerwono.

     

  • Szaleństwo czy ekstremizm

    26 lipca 2011

    Tragedia, jaka rozegrała się w Norwegii, pozostawia szerokie pole do interpretacji. Dla jednych to wyraźny sygnał, że prawicowy ekstremizm podnosi głowę i zagraża Europie, dla drugich Anders Breivik to zakompleksiony „narcyz” i „egomaniak” – po prostu szaleniec, któremu nienawiść odebrała rozum.

    Rosnąca popularność partii ekstremistycznych w Europie, o czym donosi np. New York Times, sygnalizuje poważny kryzys wielokulturowego państwa opiekuńczego, które nie potrafiło sobie poradzić z integracją imigrantów. Nieudolne promowanie poprawności politycznej, a co gorsza opacznie rozumianej, i zamiatanie pod dywan problemów, jakie przynosi życie, budziło i jeszcze długo budzić będzie społeczne frustracje. Kiedy na początku dekady w bulwersujący sposób pisała o tym słynna włoska dziennikarka Oriana Fallaci (choćby we „Wściekłości i dumie”), została odsądzona od czci i wiary i skazana na intelektualną banicję.

    Był to wołanie na puszczy, z którego nikt sobie wówczas nic nie robił. Problem ignorowano i przemilczano. Europa chełpiła się wówczas swoją wielokulturowością. Do czasu, gdy w Londynie i Madrycie  wybuchły bomby, a we Francji, Belgii i Holandia rozpętały się debaty nad niedostatkami programów integracyjnych, koniecznością ochrony rodzimej kultury i zmuszenia imigrantów do jej szanowania.

    Zakazy noszenia chust przez muzułmanki, publikacje karykatur Mahometa i wywołane przez nie dyskusje, podobnie jak nasilający się kryzys gospodarczy doprowadziły do radykalizacji nastrojów. Politycy podchwycili nośny i gorący społecznie temat. Nikt już przecież nie ma złudzeń, że porwie wyborców sensownym programem. Dziś liczą się tylko emocje. Winowajców upatrywano jednak głównie w szeregach al Kaidy i muzułmańskich ekstremistach robiących krecią robotę w Europie.

    Niebezpieczeństwo miało przyjść z zewnątrz, nie z własnego podwórka. Niewielu widziało wówczas zagrożenie w ekstremistach rodzimych, podczas gdy ci spokojnie i metodycznie, wykorzystując możliwości, jakie daje Internet, organizowali się na poziomie krajowym i europejskim. Ciekawe, co Europa zrobi teraz, gdy ów ekstremizm z taką siłą objawił się w spokojnej dotychczas Norwegii. Czy europejscy przywódcy znów poprzestaną na wyrazach oburzenia i współczucia, by wkrótce o tej tragedii zapomnieć?

  • Wiele hałasu o nic

    18 lipca 2011

    Tak o polskiej prezydencji pisze tygodnik The Economist. Czyżby pijarowska ofensywa premiera Tuska nie wszystkim przypadła do gustu?

    „Rzeczywistość jest bardziej prozaiczna”, zauważa komentator Charlemagne, nawiązując do buńczucznych oświadczeń, że oto teraz Polska przewodzi Unii. W istocie jednak ma za zadanie zorganizować kilka spotkań unijnych ministrów, np. rolnictwa, i prowadzić negocjacje z Parlamentem Europejskim.

    „Cóż za nuda… ważne, ale niezbyt efektowne zadanie”, ocenia brytyjski tygodnik i podkreśla, że Polska, podobnie jak inne kraje stające w przeszłości na czele, mają przed sobą trudny dylemat: jak zaakcentować, a jednocześnie odłożyć na bok własne interesy, by pracować dla wspólnego dobra. Zadanie to może być zbyt trudne dla Warszawy, która „postrzega swoją pierwszą prezydencję jako krok na drodze do odrodzenia męczeńskiego narodu”.

    „Pewny siebie euroentuzjazm poparty szybko rozwijającą się gospodarką może łatwo przerodzić się w arogancję”, ostrzega Charlemagne na łamach Economista, „zbyt ambitna prezydencja może wzbudzić wrogość zamiast przynieść pochwały”, a „skromny sukces” jest lepszy niż „chwalebna porażka”.

    Rozentuzjazmowane głowy, tak przewodnictwem, jak i rosnącą rolą Polski w Unii, studzi też na łamach El País czeska pisarka i tłumaczka Monika Zgustova. Pisze tam o krajach wschodnioeuropejskich (cóż za niepoprawna politycznie terminologia!), że są krzywym zwierciadłem, w którym odbija się dotykający cały kontynent kryzys wartości.

    „Wydaje się, że rządzących nie interesuje już nic więcej poza kondycją finansów państwa”, ubolewa autorka. Jej zdaniem, mimo pozornych oznak sukcesu i postępu w naszym regionie, głębiej pod powierzchnią wciąż mamy do czynienia z „inną rzeczywistością”, z jej mniej ciekawymi elementami , takimi jak „żałosny wymiar sprawiedliwości”, „pozostawiające wiele do życzenia służby publiczne”, poddane, w wielu przypadkach, cenzurze media, i skorumpowane partie polityczne.

    „Politycy, przyzwyczajeni do słuchania rozkazów, teraz odbierają je z Brukseli i wypełniają je bez mrugnięcia okiem”, zżyma się Zgustova. A najgorsze, że obywatele państw regionu także są nadzwyczaj bierni i robią to, co im władze karzą.

    Jedynym przejawem buntu jest „spakowanie walizki i wyjazd do na Zachód w poszukiwaniu pracy i lepszego życia”. Robią to „bez protestów, w milczeniu, z opuszczonymi ramionami i rozgoryczeniem na twarzy”. Bolesne to obserwacje, ale czy prawdziwe?

  • Jak Chiny kolonizują Europę

    11 lipca 2011

    W lipcu European Council on Foreign Relations (Europejska Rada Stosunków Zagranicznych) opublikuje raport pod złowieszczym tytułem „Scramble for Europe” (ang. „wyścig o Europę” – nawiązanie do dziewiętnastowiecznego hasła „wyścig o Afrykę”, które stało się synonimem kolonizacji Czarnego Lądu przez potęgi europejskie), w którym przedstawia rosnące wpływy chińskie w Europie.

    Według autorów raportu Chińczycy zaczęli już kolonizować Stary Kontynent na trzy sposoby:

    1.    Dyplomacja obligacji – w ubiegłym roku Chiny zaczęły skupować obligacje Grecji i Hiszpanii, a w tym roku Węgier. Chińczycy stali się tym samym bilateralnym pożyczkodawcą ostatniej szansy dla polityków w zadłużonych krajach, co może mieć poważne konsekwencje w chwili, gdy Europa będzie musiała zająć wspólne stanowisko wobec takich kwestii, jak wzajemność w handlu z Chinami, zmiany klimatyczne czy prawa człowieka.

    2.    Bezpośrednie inwestycje – pięć lat temu wartość bezpośrednich chińskich inwestycji w Europie wyniosła 1,3 mld USD, w 2011 r. Państwo Środka zawarło już trzy transakcje, które przewyższyły tę sumę (m.in. zakup brazylijskiego oddziału hiszpańskiego koncernu Repsol za 7,1 mld USD oraz węgierskiej firmy chemicznej za 1,7 mld USD).

    3.    Europejski rynek zamówień publicznych – jest otwarty dla chińskich firm, podczas gdy przedsiębiorstwa europejskie są wykluczone z przetargów publicznych w Chinach. Europejscy podatnicy subsydiują tym samym chińskie koncerny starające się o kontrakty w Europie.

     

    Jak zauważają autorzy raportu ECFR, na przeszkodzie wspólnej polityce wobec Chin staje kryzys gospodarczy, który podważa „raczkującą jedność Europy”. Co więcej, jako że Pekin stał się jednym z głównych źródeł pożyczek oraz inwestycji na Starym Kontynencie, Europejczycy będą mieli słabe szanse na poprawienie swojego dostępu do chińskiego rynku.

    Wydaje się, że jedyną bolesną porażką, jaką na razie zanotowało Państwo Środka w Europie, była utrata kontraktu na budowę odcinka polskiej autostrady A1. To jednak raport ECFR przemilcza.

     

  • Wreszcie na czele

    05 lipca 2011

    Początek naszej prezydencji stoi pod znakiem zimnego ulewnego deszczu, a ten nieco ostudził zapał zwykłych obywateli, których w przedsięwzięciu tym bardziej interesują okolicznościowe koncerty niż polskie priorytety.

    Dużo cieplejszy, letni deszczyk pochwał pod adresem Polski spadł ostatnio w światowej prasie. Warszawę powszechnie chwali się za ambitne cele i dobrą promocję kraju, w którą włączyli się najważniejsi politycy na czele z premierem Donaldem Tuskiem (udzielił kilku wywiadów zagranicznym mediom) i ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim (zapowiedział na łamach kilku europejskich gazet, że „ożywimy Europę naszą wiarą, doświadczeniem solidarności i realizmem”).

    Uznanie wzbudziły też same przygotowania do polskiej prezydencji. To szczególnie cenne, gdyż na Zachodzie utarł się niekorzystny obraz Polski jako ojczyzny wielkich improwizatorów i dużo gorszych organizatorów.

    Tymczasem, jak pisze Edward Lucas, redaktor działu zagranicznego tygodnika The Economist na stronie Centre for European Policy Analysis (CEPA), po wejściu w życie traktatu lizbońskiego, unijna prezydencja testuje właściwie tylko „administracyjne umiejętności” sprawującego ją kraju.

    Trzeba przecież zaplanować i zorganizować setki spotkań. Daje to jednak mocno ograniczone możliwości ustalania tematów i kolejności rozmów. „W obszarze polityki zagranicznej waga prezydencji zmalała”, odnotowuje Lucas, a przy stole obrad zrobiło się niezwykle tłoczno, gdy zgodnie z traktatem lizbońskim na scenie pojawili się przewodniczący Rady Europejskiej Herman van Rompuy oraz szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton.

    Mimo że jednym z trzech głównych priorytetów polskiej prezydencji jest „integracja europejska jako źródło wzrostu”, w najbardziej palącej sprawie dotyczącej unijnej gospodarki, czyli kryzysu w strefie euro, nie będziemy mieli zbyt wiele do powiedzenia z racji tego, że do eurolandu nie należymy.

    „Polska nie ma też siły militarnej zdolnej wpływać na sytuację w Libii”, pisze Lucas. Wskazuje też na pewne obiektywne trudności wykorzystania do maksimum tej prezydencji. Otóż Polska ją przejmuje, a zraz potem Bruksela pustoszeje, gdyż unijni urzędnicy jadą na długie wakacje.

    Na dobre wrócą do pracy dopiero w połowie września, by na początku grudnia ponownie udać się na ciężko zapracowany urlop. W efekcie sześciomiesięczne przewodniczenie skróci się o niemal połowę.

    Mimo to Polska ma szansę przeforsować niektóre ze swoich priorytetów. Lucas pisze o dwóch sprawach: bezpieczeństwie energetycznym i Partnerstwie Wschodnim, którego szczyt odbędzie się w Warszawie pod koniec września.

    Do realizacji pierwszego celu Polska może sprytnie wykorzystać rosnące zainteresowanie jej ogromnymi złożami gazu łupkowego, a także poparcie Berlina zjednanego konsekwentną polityką Warszawy „bycia miłym dla Niemiec”.

    Z kolei, gdyby przyciśnięty przez kryzys gospodarczy Aleksander Łukaszenka zdecydował się uwolnić z więzienia przynajmniej część więźniów politycznych, obsypałby wrześniowy szczyt Partnerstwa „srebrzystym pyłem sukcesu”.

    „Polska nie ma sobie równych, jeśli chodzi o wykorzystanie miękkiej siły UE w radzeniu sobie z problemami posttotalitaryzmu począwszy od rozmów okrągłego stołu, przez lustrację aż po kontrolę nad służbami specjalnymi”, podkreśla Lucas.

    W podsumowaniu sugeruje zaś, że wcale niewykluczone, iż ta polska będzie ostatnią prezydencją, która może mieć istotny wpływ na politykę Unii. Po niej przyjdzie wprawdzie kolej na Danię, ale później będzie już tylko seria krajów „mniejszego kalibru” (Cypr, Irlandia, Litwa, Grecja, Włochy i Łotwa).  Miło byłoby zatem wykorzystać szansę i wskoczyć do pierwszego szeregu europejskich potęg.

  • Grecka tragedia

    24 czerwca 2011

    Jeszcze kilka lat temu Polska była postrzegana w Unii jako główny hamulcowy, skłonny wcisnąć kij w szprychy wszędzie tam, gdzie byłaby zagrożona polska racja stanu.

    Tymczasem dziś to Warszawa upomina ustami premiera Donalda Tuska inne stolice europejskie, by porzuciły „narodowe egoizmy” i wsparły Grecję na tyle, na ile to możliwe, albowiem odmowa pomocy może doprowadzić „do katastrofy”.

    „Pomagając Grekom, czy innym zagrożonym krajom, największe państwa Unii pomagają samym sobie”, przekonywał dziennikarzy Financial Times’a polski premier.

    Trudno się z nimi nie zgodzić, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że to francuskie i niemieckie banki przez lata finansowały ekstrawagancje Greków, oferując im coraz to nowe kredyty.

    Premier myli się jednak, kiedy snuje analogie między polską transformacją lat 90. a obecnymi kłopotami Grecji, którą czekają równie bolesne, jak nas wtedy, cięcia i spadek stopy życiowej.

    „Radykalne reformy w Polsce były możliwe tylko dlatego, że towarzyszyła im pozytywna atmosfera”, przekonuje Tusk na łamach FT.

    Ale dziś zarówno w Europie, jak i w samej Grecji próżno szukać pozytywnego nastawienia, zarówno u tych, którzy reformy odczują na własnej skórze, jak i tych, którzy mają za nie zapłacić.

    Panuje też powszechny konsensus, że co powinno się stać (bankructwo Grecji), nigdy się nie stanie. Pisał o tym niedawno na łamach Guardiana Simon Jennkins:

    „Wszyscy wydają się zgodni, że nie dojdzie do okrojenia strefy euro, dewaluacji walut krajów peryferyjnych, a co za tym idzie zmniejszenia ich zadłużenia. Niemcy i Francja, strażnicy ‘Europy’, nie są na to gotowe. Jednak konstrukcja Unii Europejskiej została tak mocno nadwątlona, że niektóre kraje ośmielają się przebąkiwać o zorganizowaniu referendum w sprawie wystąpienia ze Wspólnoty. Lekcja jest jasna. Niezawisłe państwa o różnych kulturach politycznych nigdy nie powinny powierzać kontroli nad sprawami krajowymi zagranicznym agencjom, chyba że ich obywatele skłaniają się ku takiej utracie autonomii.

    Grecy chętnie przystąpili do Unii i wprowadzili euro, bo myśleli, że można będzie na tym zarobić. I mieli całkowitą rację. Dlaczego odrzucać składane przez 30 lat prezenty, skoro ktoś inny za nie płaci?

    Unia Europejska była godnym pochwały projektem mającym naprawić błędy z przeszłości. Dziś jest czymś innym, projektem mającym na celu zrzucenie błędów współczesnych na głowy przyszłych pokoleń. Na unijnych instytucjach powinno zawisnąć cyniczne motto: ‘nie martwcie się, za wszystko zapłacą dzieci’”.

    Tak więc, w porównaniu z „egoizmem pokoleniowym” egoizm narodowy wydaje się mniejszym złem, a niekiedy może wręcz uchronić niektóre kraje (np. Wielką Brytanię, której premier David Cameron przeforsował na unijnym szczycie stanowisko, że Grecję powinna wspierać finansowo przede wszystkim strefa euro) przed sfinansowaniem krótkowzrocznej polityki zachodnioeuropejskich banków.

    Oferta Polski uczestniczenia w pakiecie ratunkowym dla Grecji jest godnym pochwały aktem europejskiej solidarności oraz sprytnym posunięciem strategicznym w przeddzień polskiej prezydencji w Unii. Jednak dopiero za jakiś czas przekonamy się, czy była to trafiona inwestycja.

  • Fidesz zamierza utrzymać się u władzy

    17 czerwca 2011

    Architekt i projektant László Rajk, dzisiaj profesor nadzwyczajny na Węgierskim Instytucie Teatru i Filmu w Budapeszcie, gdzie wykłada sztukę filmową, był jednym z głównych dysydentów w komunistycznych Węgrzech w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Rajk, którego ojciec, również László, został stracony po procesie pokazowym w 1949 r., w 1975 r. przyłączył się do demokratycznej opozycji, a w 1981 współzakładał podziemne wydawnictwo AB. Był też jednym z założycieli Związku Wolnych Demokratów w 1988 r. i po wolnych wyborach w 1990 r. przez sześć lat posłem. W latach 2004–2010 był członkiem zarządu Funduszu Publicznego Telewizji Węgierskiej. W wywiadzie dla Presseurop László Rajk wyjaśnia znaczenie kontrowersyjnej polityki prawicowego gabinetu premiera Viktora Orbána.

    Jak opisałby pan polityczny projekt rządzącej partii, Fideszu?

    Po pierwsze muszę stwierdzić, że ich sukces jest naprawdę zdumiewający. Zeszłoroczne wybory parlamentarne były całkowicie uczciwe, bez żadnych machlojek. Fidesz naprawdę zdobył 53 procent głosów, co przy węgierskim systemie wyborczym oznacza dwie trzecie miejsc w parlamencie. Nikt nie może temu zaprzeczyć. Chodzi im o utrzymanie się przy władzy. Celem kroków, które podejmują, w tym zmiany konstytucji czy prawa medialnego, jest usunięcie demokratycznych „przeciwwag” dla władzy wykonawczej. Chodzi o zawężenie kompetencji Trybunału Konstytucyjnego, o prawo do nominowania prokuratora generalnego, który kontrolowałby pracę prokuratorów. I trzecia rzecz, która się jeszcze nie wydarzyła, ale z pewnością wydarzy się we wrześniu – skład Sądu Najwyższego. Wszystkie te trzy demokratyczne „ograniczniki” są dzisiaj zdominowane przez egzekutywę. To oznacza, że są w stanie uchwalić dowolne prawa mające na celu stabilizację ich władzy.

    Weźmy na przykład budżet. Wykonali trzy kroki, które osobno mogłyby być…

    Krok pierwszy: przegłosowali ustawę, na mocy której prezydent może rozwiązać parlament, jeżeli budżet nie został uchwalona do końca marca. To jeszcze nie jest podejrzane. Krok drugi: stworzyli komisję budżetową mającą prawo weta, nawet jeżeli parlament zaakceptował budżet. To wciąż zdaje się przeciwwagą dla władzy parlamentarnej większości. Wreszcie: zmienili skład owej komisji budżetowej. Co oznacza – to tylko hipoteza – jeżeli Fidesz przegra następne wybory, a nowa koalicja będzie próbowała uchwalić budżet, komisja będzie mogła stawiać nieustanne weto, a prezydent powie „Niestety, panowie, ale to oznacza przyspieszone wybory”. Oczywiście prezydenta wybrali oni. Jest więc jasne, że ta jedna rzecz wystarczy, by utrącić następny rząd, nawet jeżeli Fidesz przegra wybory. To właśnie mam na myśli, mówiąc o „stabilizacji”.

    Mówimy o problemie skali krajowej czy europejskiej?

    Jeżeli weźmiemy pod uwagę wszystkie aspekty różnych spraw, takich jak konstytucja czy prawo mediów, może to być groźne, bo dzieje się to wewnątrz Unii. W UE jest tylko jeden podobny przykład, to Włochy. Ale na Węgrzech jest to bardziej widoczne, ponieważ dzieje się o wiele szybciej. Na przykład Węgry nie mają ustawy o obrazie uczuć religijnych, więc teoretycznie spełniają wytyczne Komisji Europejskiej. Jednak media poddane są tak ścisłemu monitoringowi, że taka ustawa nie jest potrzebna. To samo dotyczy przepisów o mowie nienawiści, co również jest bardzo delikatna kwestią w Unii.

    Sądzi pan, że Unia i kraje członkowskie były wystarczająco krytyczne i wywierały dostateczną presję na rząd Orbana?

    Węgry to nie Włochy, krytykowane były bardzo mocno. Komisja Wenecka Rady Europy skrytykowała konstytucję. Międzynarodowy Instytut Prasowy i OECD skrytykowały ustawę medialną. Wysoki Komisarz ONZ ds. Uchodźców skrytykował politykę wobec Romów. Krytyka konstytucji zresztą trwa nadal. Nie sądzę, by ktokolwiek mógł powiedzieć, że potrzebujemy więcej krytyki. Proszę nie zapominać, że wydarzenia na Węgrzech nałożyły się na rewolucje arabskie i jest cudem, że opinia publiczna w ogóle zwraca uwagę na to, co się tutaj dzieje. Sądzę, że to dlatego, że Węgry są w Europie. Po Włoszech ludzie zaczynają się obawiać, że coś podobnego mogłoby się wydarzyć w kolejnym kraju. I myślę, że mają rację.

  • Wolność słowa

    „Reżim białoruski chce zniszczyć niezależną prasę”

    09 czerwca 2011

    Założycielka i naczelna redaktor 34 Multimedia Magazin – jednego z najważniejszych niezależnych mediów na Białorusi – Iryna Widanawa wykłada w Europejskim Uniwersytecie Humanistycznym w Wilnie, gdzie studiuje wielu młodych Białorusinów. Jest absolwentką Instytutu Nauk Politycznych w amerykańskim Johns Hopkins University i była międzynarodową koordynatorką Zgromadzenia Organizacji Pozarządowych na rzecz Demokracji, w którym zasiadają niezależne organizacje białoruskie. Presseurop spotkał Irynę Widanawę w austriackim Linzu, gdzie odbywały się XXII Europejskie Spotkania Pism Kulturalnych organizowane przez sieć Eurozine.  

    Jaka jest obecnie sytuacja mediów na Białorusi?

    Od czasu grudniowych wyborów prezydenckich sytuacja niestety się pogorszyła. Jest najgorsza od lat. Mamy wrażenie, że reżim chce nas ograniczyć jeszcze bardziej lub w ogóle niezależne media zlikwidować.

    A jak działają wasze niezależne media?

    W ostatnich latach nowe media rozwijały się bardzo szybko i te niezależne korzystały z koniunktury, bo to jest dla nich jedyny sposób, żeby nadal działać. Gdy więc rząd zastanawiał się jeszcze, jak wykorzystać Internet, my już tam byliśmy, co dało nam czas, żeby stworzyć sobie audytorium i zdobyć popularność. To właśnie dlatego niezależne media są bardzo aktywne w sieci, są tam znacznie bardziej popularne niż media państwowe. I doszliśmy do tego, że możemy pod względem rozmiarów audytorium konkurować z państwową telewizją. Z drugiej jednak strony wciąż jesteśmy rodzajem samizdatu (tak nazywano w ZSRR podziemne publikacje dysydentów) i musi to u nas przybierać różne formy – najczęstsze to multimedialne płyty kompaktowe. Ale mamy też samizdaty tradycyjne i całkiem nietradycyjne. Są wreszcie przekazy ponadgraniczne, nadawane z Polski i z Litwy. Chcąc mieć dostęp do niezależnej informacji, coraz więcej i Białorusinów kupuje anteny paraboliczne.

    Jaki rodzaj informacji próbujecie przekazywać waszym odbiorcom?

    Zależy, jaki rodzaj mediów wchodzi w grę. 34 Multimedia Magazyn jest przeznaczony dla młodzieży, która zajmuje się działalnością kulturalną i społeczną, jest zainteresowana samorzutną aktywnością obywatelską. W mniejszym stopniu nastawiamy się na przekaz tzw. gorącej, doraźnej informacji, niż poruszmy szersze problemy. Zachęcamy młodych ludzi, żeby myśleli, żeby byli krytyczni i aktywni. I dlatego możemy równie dobrze mówić o ukazaniu się na rynku wydawniczym jakiegoś nowego albumu, jak o sprawach świadczeń socjalnych. Oczywiście różne media, codzienne czy tygodniowe, koncentrują się na informacji politycznej. Niektóre z nich rozszerzają swoje zainteresowania na aktualne problemy międzynarodowe. To jest bardzo ważne dla takiego kraju jak Białoruś – wyraźnie izolowanego od reszty świata. To pozwala zrozumieć, dokąd świat zmierza i dostrzegać, jakie mogłoby w nim być, a jakie nie, nasze miejsce. Dla wszystkich nas z mediów niezależnych głównym celem jest zapewnienie ludziom dostępu do obiektywnej informacji, jak najdalszej od propagandy oficjalnej.

    Czy młodzież białoruska spogląda ku Europie? I czego od niej oczekuje?

    Jeśli chodzi o ruch na rzecz demokracji, to oczywiście patrzymy ku Europie i oczywiście doceniamy wszelkie formy poparcia dla nas – potępienie represji, naciski na rząd, by uwolnił więźniów politycznych. Ale potrzebujemy stałości, konsekwencji polityki Unii Europejskiej wobec Białorusi. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas był zadowolony, gdyby Unia nagle zaczęła rozmawiać z reżimem bez spełnienia przezeń warunków minimum.    

    Myślę, że coraz więcej Białorusinów dostrzega dziś konieczność sankcji ekonomicznych. Biorąc pod uwagę obecną sytuację gospodarczą, sądzę, że reżim jest przyparty do muru (1 czerwca Białoruś oficjalnie zwróciła się o pomoc finansową do Międzynarodowego Funduszu Walutowego i do Rosji; Moskwa jest skłonna wyasygnować 3 miliardy dolarów, a MFW ogłosi swoją decyzje 14 czerwca) i że ma tylko dwa sposoby, by z tego wybrnąć. Pierwszy polega na czynieniu tego, czego oczekuje Rosja, co niebawem doprowadziłoby do zależności od niej, jeśli nawet nie formalnej, to co najmniej ekonomicznej. Rosja dyktowałby, co ma się dziać w kraju i mogłaby decydować, czy usunie Łukaszenkę, czy utrzyma go całkowicie jej powolnego. Drugi sposób wyjścia z matni to otwarcie na Europę i wznowienie reform. Jest to dla naszego rządu wybór bardzo trudny, ale myślę, że ludzie w moim kraju coraz lepiej rozumieją, że zmiana przyjdzie od wewnątrz, lecz że nie ma innej drogi niż otwarcie dialogu z sąsiadami.        

    Rozmawiał  Eric Maurice