Publikacja książki „Kapuściński Non-Fiction” rozpętała nad Wisłą burzę. Zresztą nie tylko nad Wisłą. Oto mistrz reportażu, kandydat do literackiego Nobla (dostałby go pewnie, gdyby pożył kilka lat dłużej), błyskotliwy obserwator rzeczywistości, tłumacz kultur i jeden z nielicznych polskich pisarzy, którego książki czytane są na całym świecie, okazuje się politycznym lawirantem, współpracownikiem wywiadu, fatalnym ojcem i kobieciarzem.
Najgorsze jednak, że „upiększał”, „wyostrzał” i „ubarwiał” rzeczywistość. Zbyt często, jak mawiał Timothy Garton Ash, „przechodził od Kenii faktu do Tanzanii fikcji i z powrotem” nie zaznaczając wyraźnie granicy między jednym a drugim światem. Autor biografii Kapuścińskiego Artur Domosławski zapewnia, że pisał ją w dobrej wierze i niektóre odkrycia były dla niego, przyjaciela pisarza, wielce bolesne. Fakt, wykonał ogromną pracę dziennikarską, gromadząc relacje, wspomnienia, konfrontując fikcję z rzeczywistością.
Poznał Mistrza jak nikt inny, oświetlił mroczne zakamarki jego duszy, obnażył słabe punkty. Każde takie odkrycie równoważył krótką konstatacją o swoim wielkim szacunku dla jego twórczości, talentu itp. Podkreśla, że chciał Kapuścińskiego przedstawić jako człowieka z krwi i kości oraz twórcę ze wszystkimi jego wadami i przymiotami. I to mu się w pełni udało. Nie widzę w tym jednak ręki przyjaciela.
Na nieskazitelnym pomniku Mistrza pojawiły się rysy i pęknięcia. Polacy uwielbiają swoich bohaterów, ale jeszcze bardziej kochają ściągać ich z piedestału, za nogi, brutalnie. Taryfy ulgowej im nie dają. Niektórym sprawia to wielką satysfakcję. Nie chcę przez to powiedzieć, że taki był zamysł autora, ale czasem można dojść do takiego wniosku, analizując dobór wspomnień, cytatów i opinii ludzi niechętnych Kapuścińskiemu, które w książce przeważają.
Debata nad biografią Maestro Kapu, jak nazywali go latynoamerykańscy przyjaciele, nie rozlałaby się na cały świat (pisały o niej gazety angielskie, hiszpańskie, meksykańskie i argentyńskie), gdyby nie fakt, że dotyczy kilku kwestii uniwersalnych. Przede wszystkim tego, czy reporter może, w celu zwiększenia dramatyzmu przekazu, ubarwiać rzeczywistość.
Znawca naszego regionu, historyk i autor reportaży Neal Ascherson bronił na łamach Guardiana Kapuścińskiego, twierdząc, że „niemal wszyscy dziennikarze wyostrzają czasem cytaty albo dla lepszego efektu zmieniają nieco czas lub miejsce”. Jego kolega po fachu, Garton Ash, przekonywał jednak, że literatura faktu „winna być tym, co zapowiada”, taki jest bowiem obowiązek autora wobec czytelników.
Problem z tak kategorycznym postawieniem sprawy polega jednak na tym, że Kapuściński uprawiał gatunek hybrydowy, „literacki reportaż” najwyższej próby. Niektórzy idą jeszcze dalej sugerując, że był poetą reportażu. A to zakłada pewną dowolność i swobodę w przedstawianiu faktów. Bez względu na to, jaką perspektywę przyjmiemy, jedno jest pewne: po lekturze książki Domosławskiego dzieła Kapuścińskiego nigdy już nie będą takie same. Zostały odarte z magii, której uległy miliony czytelników na całym świecie. I do końca nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle.
Gdy o nas piszą – źle, kiedy nie piszą – też niedobrze. Polakom nie sposób dogodzić, o czym ostatnio przekonał się prestiżowy brytyjski tygodnik The Economist. Przez wiele lat to szacowne pismo, zresztą nie ono jedno, przedstawiało Polskę jako zapyziały zaścianek Europy. Artykuły z naszego podwórka opatrzone były najczęściej zdjęciem rozklekotanej furmanki na tle dziurawej wiejskiej drogi. Aż tu nagle w styczniu ukazała się seria wielce pochlebnych materiałów na temat Polski.
Ilustracją było zdjęcie, a jakże, wspomnianej już furmanki, tyle że z posuwającym się za nią w żółwim tempie sznurem samochodów. Artykuł nie pozostawiał wątpliwości: czas rozstać się z utrwalonym na Zachodzie stereotypem Polski – dużego, biednego i źle zarządzanego kraju z fatalnymi drogami oraz ekscentrycznie zachowującymi się mieszkańcami. Okazało się bowiem, że polska gospodarka jako jedyna spośród 27 krajów Unii Europejskiej wzrosła w ubiegłym roku o 1,2%.
Mało tego, Polska, jak zauważa The Economist, jest obecnie szóstą potęgą gospodarczą w Unii. Nie obyło się jednak bez łyżki dziegciu, autor artykułu zaznaczał bowiem, że ów wspaniały wynik na koniec minionego roku był w dużej mierze efektem szczęśliwego splotu okoliczności: zacofania czy, jak kto woli, ostrożności polskich banków, dużego rynku wewnętrznego, wreszcie, na samym końcu, rozsądnej polityki rządu.
A rząd ten podjął się trudnego zadania częściowego zreformowania systemu emerytalnego, modernizacji dróg na Euro 2012 i poluzowania biurokratycznego gorsetu krępującego przedsiębiorczość obywateli. The Economist zdobył się nawet na pochwałę jego koncyliacyjnej polityki zagranicznej.
Tego było już za wiele dla sporej rzeszy polskich czytelników i publicystów, którzy w listach do redakcji lub na łamach macierzystych gazet natychmiast zaczęli przekonywać , iż rachityczny wzrost wiosny nie czyni, a tym bardziej nie równoważy panoszącej się w kraju korupcji, zaś rosnąca rola Polski w Unii Europejskiej wcale nie jest sukcesem, którym należałoby się chwalić.
Wręcz przeciwnie, jest oznaką zdrady polskiej racji stanu przez garstkę rządzących usiłujących zapewnić sobie ciepłe posadki. Polska nadal stoi nierządem, kraj jest zdradzany i ogołacany ze swoich bogactw, a każdy kto twierdzi inaczej, to ignorant lub powolne narzędzie w rękach mrocznych sił kontrolujących światowe media – podsumowuje argumenty swoich krytyków wywołany do tablicy publicysta brytyjskiego tygodnika. Zaraz też zaznacza, że gdyby to obcokrajowiec śmiał sformułować podobną krytykę pod adresem kraju nad Wisłą, natychmiast zostałby odsądzony od czci i wiary.
Wychodzi więc na to, że po pierwsze: o Polsce pisać mogą tylko Polacy (nawet studia i rodzina w ojczyźnie, do której przyznaje się w blogu dziennikarz Economista, nie dają do tego prawa), a po drugie: lepiej o niej nie pisać wcale, bo budzi to zbyt wielkie emocje. I jeszcze jedno: wydaje się, że wciąż istnieje w Polsce grupa ludzi, która nie może rozstać się z jakże długo znanym wizerunkiem swego kraju, z tą nieszczęsną furmanką w szczerym polu.
MZ
Opowiedzenie się Szwajcarów za zakazem budowy minaretów wywołało u jednych Europejczyków dreszcz niepokoju, a u drugich westchnienie ulgi, że długo skrywane obawy wreszcie znalazły swoje ujście. Europejska prawica zaczęła bić w wojenny bęben, podnieśli głowy zwolennicy tezy o „zderzeniu cywilizacji”.
Obrońcy politycznej poprawności również zwarli szyki, by zgodnym chórem potępić decyzję szwajcarskiego społeczeństwa. Zlaicyzowane liberalne elity Zachodu znalazły się między młotem a kowadłem: bronią religijnych swobód muzułmanów, a zarazem nabierają wody w usta, gdy odgórnie ograniczana jest swoboda manifestacji przekonań religijnych własnych obywateli.
Jak inaczej bowiem interpretować niedawny wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka zakazujący umieszczania krzyży we włoskich szkołach. Na jednej szali wagi znalazły się wartości demokratyczne, a na drugiej lęk przed obcymi wyznającymi odmienną religię.
Niezbyt szczęśliwe inicjatywy w rodzaju tej, z którą wyszły ostatnio władze Politechniki w Hadze, rezygnując z ustawienia w tym roku choinki, która – ich zdaniem – byłaby zaprzeczeniem „wielokulturowego wymiaru” tej szacownej instytucji, jedynie potęgują zagubienie Europejczyków.
„Akceptacja różnorodności w społeczeństwie polega na tym, że można ją swobodnie manifestować, a nie ukrywać. Jesteśmy różni, różnie myślimy i żyjemy. Każdy z nas powinien cieszyć się pełną swobodą manifestacji swojej odmienności”, przekonuje na łamach holenderskiego dziennika De Volkskrant publicysta Malou van Hintum.
Tyle że większość obywateli zamożnego i laickiego Zachodu nie ma już czego manifestować. I tu leży problem. Pod wpływem globalizacji, rozkwitu kapitalizmu oraz integracji w obrębie Unii rozpłynęła się gdzieś narodowa tożsamość Europejczyków. Dochodzi ona do głosu jedynie na piłkarskich stadionach, ubolewa na łamach szwajcarskiego Le Temps amerykańsko-holenderski pisarz i historyk Ian Buruma.
Paneuropejska tożsamość zlewa się coraz częściej z nową religią, jaką stała się ekologia. Zieloni wojownicy, jak przystało na neofitów, występują przeciw zastanemu porządkowi, poświęcają życie zawodowe i prywatne w imię wyższych, globalnych wartości, jakimi stały się dla nich ochrona środowiska i dobrobyt przyszłych pokoleń.
Czy nie jest to rozpaczliwe poszukiwanie sensu w życiu, poczucia wspólnoty i wartości, dla których warto żyć i umierać? „Czy nie jest przypadkiem tak, że zazdrościmy islamowi minaretów, bo zdobią one budowle, gdzie gromadzą się ludzie, którzy z własnej woli zwracającą się do innych ’siostro’ i ’bracie’”, pyta na łamach belgijskiego De Standaard pisarz Oscar van dem Boogaard.
Strach przed obcą religią rodzi się o wiele łatwiej w społeczeństwach pozbawionych korzeni i o słabej tradycji, które podświadomie postrzegają wiarę innych jako zagrożenie. Szwajcarskie referendum powinno zmusić Europejczyków do refleksji nie tylko nad polityką imigracyjną, ale przede wszystkim nad problemami z własną słabnącą tożsamością.
Przemiany roku 1989 niejednokrotnie opisywano jako zwycięstwo społeczeństwa nad państwem, wolności nad zniewoleniem, wolnego rynku nad gospodarką centralnie sterowaną. Rzadko mówi się jednak o tym, że doprowadziły one do nieodwracalnego, jak się zdaje, rozłamu między elitami a zwykłymi obywatelami.
Komunistyczni dygnitarze kryli się w rządowych ośrodkach, izolowali w pilnie strzeżonych dzielnicach, ale z uwagi na ideologiczne przesłanie ówczesnej władzy, a także specyfikę upaństwowionej gospodarki, nie była to izolacja całkowita. Nawet członek politbiura musiał być w dobrych stosunkach z właścicielem warzywniaka, jeśli chciał zajadać się świeżymi owocami i warzywami. A zieleniarz mógł liczyć za to, że w razie potrzeby będzie mógł zwrócić się do wpływowego klienta o pomoc lub przysługę. Za komuny załatwienie czegokolwiek wymagało znajomości i rozbudowanej sieci wzajemnych powiązań.
Jak zauważa w jednym ze swoich ostatnich esejów bułgarski politolog Iwan Krastew, „komunistyczne elity były brutalne, lecz dostępne”. Dbały o to, by bratać się z ludem, bo gdy się od niego zanadto oddalały, groziły im czystki lub kulturalne rewolucje. Obecnie, pisze Krastew, zieleniarz zarabia więcej i nie oblepia swojej budki plakatami propagandowymi, ale nie może się pochwalić znajomościami na szczytach władzy. Wątła nić łącząca go z elitami została zerwana. Wysoko postawieni nie muszą już zabiegać o jego względy, chcąc kupić świeże warzywa czy owoce.
Przedstawicieli społecznych nizin i zamożnych wyżyn nigdy jeszcze nie różniło tak wiele. Z ostatnich badań przeprowadzonych w Bułgarii wynika, że ludzie o niskich dochodach praktycznie nie mają szansy na kontakt z przedstawicielami zamożniejszych warstw społecznych. We wczesnym, burzliwym okresie wschodnioeuropejskiego kapitalizmu jego fundament stanowili rzutcy i bezwzględni oligarchowie.
Z czasem wyparli ich jednak świetnie wykształceni przedstawiciele merytokracji, mogący poszczycić się dyplomami zagranicznych uczelni, znajomością języków obcych. To oni okazali się prawdziwymi, choć nielicznymi, beneficjentami transformacji z 1989 r. (w sondażu przeprowadzonym w Bułgarii w 2003 r. zaledwie pięć procent obywateli uważało, że obalenie komunizmu przyniosło im poprawę).
Dziś to wykształcenie jest przepustką do lepszego świata.
Rządy merytokracji, zauważa Krastew, są jednak „utopią postpolitycznych społeczeństw”. Obietnicą dostatniego życia pod rządami kompetentnych przywódców i wizją awansu społecznego poprzez edukację. Aby model ten poprawnie funkcjonował, należy spełnić kilka warunków ‒ zapewnić obywatelom dostęp do dobrego, bezpłatnego szkolnictwa, stworzyć zręby społeczeństwa obywatelskiego, wykształcić odpowiedzialne elity. Warunków tych nie spełnia na razie żadne z „wyzwolonych” w 1989 r. państw byłego bloku wschodniego. Prowadzi to do nieuchronnych napięć społecznych.
O ile w epoce komunizmu porażkę można było usprawiedliwiać kontestacją reżimu, o tyle w merytokracji oznacza ona wyłącznie jedno ‒ totalną klęskę, obciążającą psychikę nieudacznika. Jak podkreśla bułgarski politolog, upadek komunizmu uruchomił proces uwalniania elit od poczucia winy, strachu, ideologii, a nawet obowiązku rządzenia krajem, co doprowadziło do wzrostu nastrojów populistycznych (populistyczne koalicje sprawowały już władzę w Polsce, Słowacji i Bułgarii). Populiści nie oferują lepszego rozwiązania, chcą jedynie przywrócić zniszczone przez transformację więzi łączące „zwykłych ludzi” z elitami. Ponownie pochwycić je w sieć wzajemnych zależności.
Jak pisze Krastew, „populiści są niczym porzucona żona, która nie może zaakceptować wolności męża i zrobi wszystko, by mu wypomnieć, że wciąż są małżeństwem”. Co więcej, ta populistyczna kontrrewolucja przybiera na sile. Napędza ją kryzys gospodarczy i liczne skandale z udziałem przedstawicieli władzy w wielu krajach Europy Środkowej i Wschodniej.
MZ